Dwa oblicza jesieni w Pieninach.

Kiedyś, bardzo dawno temu zrobiliśmy „trasę Pienińską”, czyli pętelkę przez Sokolicę i Trzy Korony. Zapamiętałam tylko sosenkę na Sokolicy i 40 minutowy korek do tarasu widokowego na szczycie Trzech Koron. Później nie wracaliśmy już w Pieniny, a ilekroć znajomi opowiadali o wypadzie do Szczawnicy, zawsze pojawiała się informacja o dzikich tłumach. Poza tym Pieniński Park Narodowy jest dla psów zamknięty, więc nie sądziliśmy, że mamy tam jeszcze czego szukać.

Ostatnio wpadły mi w oko zdjęcia z Wysokiej, a także przejścia grzbietem Małych Pienin. Ładne były! Mapa pokazywała, że szlak nie przechodzi przez teren Parku Narodowego, a jesienne temperatury zniechęcają większość osób do wyjścia z domu, więc postanowiliśmy zaryzykować.

Miałam ogromną ochotę na góry, wyjazd planowaliśmy już tydzień wcześniej, ale przestraszyliśmy się mgieł w prognozach. Później pękałam z zazdrości widząc na fejsie zdjęcia inwersji i żałowałam, że zostaliśmy pod kocykiem. Kolejny raz nie mogłam do tego dopuścić i mimo średnich prognoz zaplanowałam trasę. Miała ona wyglądać tak:

Samochód zostawiliśmy na sporym parkingu w Jaworkach, dosłownie kilkadziesiąt metrów od Wąwozu Homole. Cena za samochód osobowy to 3 zł za pierwszą godzinę i 2,5 zł za każdą następną. Jak na godzinę 10 rano nie było źle, stało może kilkanaście samochodów. Pogoda była niezła, ale już na wstępie poczuliśmy dotkliwe zimno.

Naszą pętelkę zaczęliśmy od mega turystycznego Wąwozu Homole. Na szczęście poza sezonem turystów było nie za dużo, poszukiwaczy skarbów też nie spotkaliśmy. A o ukrytych tam skarbach od dawna krążą legendy.

Dawniej Wąwóz Homole służył do wypasania owiec, a było to o tyle wygodne, że baca, czy juhas nie musiał swojego stada pilnować. Owce raz wprowadzone do wąwozu nie miały jak z niego wyjść . Od 1963 roku jest tu rezerwat przyrody, a wąwóz przeznaczony jest właściwie wyłącznie dla turystów. Do 2009 roku wstęp był płatny, obecnie można go zwiedzać za darmo.

Kasa – pozostałość po płatnym wstępie. Dziś świeci pustkami.

Zielony szlak przez Wąwóz ma zaledwie 800m, przyjemnie idzie się pomiędzy skałami, co chwilę przekraczając potok. Gdzieniegdzie uchowały się jeszcze drewniane mostki, większość jednak przerobiono na metalowe kraty. Z pewnością są bardziej wytrzymałe, ale niestety odbierają klimat.

Potok nie należy do głębokich, więc kratowane mostki można spokojnie ominąć 🙂

Po wyjściu z Wąwozu Homole pozostajemy na zielonym szlaku. Droga przez chwilę prowadzi przez las, następnie wychodzi na Polanę pod Wysoką. Polana ładna, choć trochę zagracona, leżało tam sporo starych beczek i jedna zupełnie zniszczona przyczepa kempingowa. W sezonie działa w okolicy baza namiotowa Pod Wysoką.

Uwielbiam <3
Wreszcie coś dla Mauro 🙂
Susza w górach to poważny problem 🙂

W stronę Wysokiej zmierzały grupki turystów, ale żadnych tłumów nie było. Po przejściu polany szlak prowadził chwilę przez las, po mokrych i śliskich kamieniach. W najtrudniejszych momentach można się było wspomóc poręczami.

W miarę szybko doszliśmy do skrzyżowania pod Wysoką, skąd na szczyt zostało może 15 minut. Szlak zmienia w tym miejscu kolor na niebieski. Ten odcinek był chyba najcięższy, bo śliskie kamienie przykrywała warstwa liści, więc trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Ale za to po drodze na szczyt są 2 miejsca widokowe, skąd obłędnie widać Tatry.

Czasem nawet niemrawa pogoda potrafi zaskoczyć 🙂

Szczyt Wysokiej jest niewielki, skalisty i ogrodzony z barierkami. Nie zmieści się tu zbyt dużo osób, dlatego w sezonie mogłoby się skończyć kolejką. A szkoda podziwiać te widoki czując na plecach oddech kolejnych chętnych, stąd „poza sezon” to chyba najlepszy sezon na Wysoką. Ze szczytu przede wszystkim widać Tarty, to one przyciągają wzrok i ściągają na siebie uwagę. Blisko jest też Sokolica i Trzy Korony, jednak my niewiele zobaczyliśmy przez koszmarne zasmogowanie całej najbliższej okolicy.

Z widokiem na Trzy Korony i smog 🙁
Chłopaki na szczycie <3
Tatry <3
Wysoka zdobyta 🙂
Może jednak zdobędziemy Koronę Gór Polski 🙂

W przeddzień setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości niektórzy turyści wynosili na szczy flagę. Inni pożyczali ją do zdjęcia, a ja tak sobie stanęłam, że taśmowo dostawałam aparaty i te zdjęcia robiłam. Atmosfera była super. Niestety na jednym z punktów widokowych widzieliśmy inny obraz patriotyzmu – w kadrze Tatry, flaga, godło i flaszka. Fotograf nieco chwiał się na nogach. Cóż, mam tylko nadzieję, że orzeł nie zmienił się w pawia…

Na szczycie było chłodno i dość wietrznie, a ciasnota nie pozwalała w spokoju zjeść. Zeszliśmy znów do skrzyżowania szlaków i tam zrobiliśmy chwilę przerwy. Pośród drzew nie czuć było wiatru, a pocięte pniaczki idealnie nadawały się do przycupnięcia. Piotrek na szybko spojrzał na mapę, właściwie tylko po to, żeby upewnić się że mamy schodzić niebieskim szlakiem.  Pewnie ruszyliśmy do przodu i szliśmy sobie dłuższy odcinek raz w górę, raz dół, cały czas trzymając się Polsko – Słowackiej granicy. Po jakimś czasie włączyliśmy GPS i kropka jasno pokazywała, że owszem poszliśmy niebieskim szlakiem, ale w zupełnie przeciwnym kierunku, taaaaaa 🙂 Piotrek coś przebąkiwał, żeby zawrócić, ale nie było sensu, pamiętałam że idąc w tę stronę dojdziemy do Durbaszki, a stamtąd jest zejście do Jaworek. Postanowiliśmy się nie wracać i ruszyliśmy dalej, cały czas przez las.

W pewnym momencie ruch z naprzeciwka się zwiększył, mijaliśmy mniejsze i większe grupki. Pogoda poprawiała się z minuty na minutę i robiło się coraz przyjemniej. Las też w końcu zaczął się przerzedzać i  w końcu wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą otwartym terenem. Tam zaczął się prawdziwy szał, Mauro ganiał za piłką jak wariat. Uwielbia przestrzeń i rozległe łąki. Zmiana podłoża z kamienistej ścieżki na miękką trawę też na pewno przypadła mu do gustu.

Gramyyyy 🙂
Idziemy na Wysoki Wierch 🙂

Ja grałam z Mauro, a Piotrek rozprawiał się z mapą. Skręt do schroniska pojawił się zaskakująco szybko, słońce dopiero wyszło, więc nie chcieliśmy jeszcze wracać. Postanowiliśmy podejść na Wysoki Wierch i tam zdecydować, czy zejdziemy żółtym szlakiem do Szlachtowej, czy wrócimy się do Durbaszki. Powrót do Szlachtowej miał jeden minus – 2 kilosy asfaltem do parkingu, dlatego zanim na dobre zagościł, poszedł w odstawkę.

Droga na Wysoki Wierch jest przepiękna, przy dobrej przejrzystości powietrza widać pięknie Sokolicę i Trzy korony, a pomiędzy drzewami Tatry. Niestety jesień ma to do siebie, że bardzo często pojawia się smog, więc widoki przesłaniał nam pył.

Prawie widać Trzy Korony…
Grzbiet Małych Pienin potrafi zachwycić 🙂

Grzbietem, czyli głównym szlakiem spacerowało sporo osób, ale niewiele skręcało na Wysoki Wierch. Na szczycie zrobiliśmy sobie drugą przerwę i przez większość czasu byliśmy sami.  Rano było chłodno i mgliście, ale z każdą minutą się wypogadzało. Gdy byliśmy na Wysokim Wierchu słońce świeciło już tak mocno, że prawie nie było widać Tatr. Gdzieniegdzie można było dostrzec ich zarys, ale to już nie było to, co na Wysokiej. Obiecałam sobie, że wiosną przyjedziemy tu na zachód słońca i wtedy sobie te Tatry odbijemy 🙂

Taką jesień to ja rozumiem 🙂
Jednym półdupkiem w Polsce, drugim na Słowacji 🙂
Widok z Wysokiego Wierchu w stronę Trzech Koron <3

Schodzimy 🙂

Wróciliśmy kawałek do rozejścia szlaków i skręciliśmy do schroniska pod Durbaszką. Panował tam spory ruch, więc nie wchodziliśmy do środka, zwłaszcza, że niczego nie potrzebowaliśmy. Słyszałam, że jest to schronisko młodzieżowe i nie sprzedają tam alkoholu, także od razu uprzedzam, że nie ma szans na zimne piwko po drodze.

Schronisko pod Durbaszką.

Ze schroniska do Jaworek prowadzi nieoznakowana ścieżka, której nasza aplikacja nie pokazuje. Wygląda jakby była to droga dojazdowa do schroniska, jest bardzo szeroka i dobrze ubita. A co najważniejsze sprowadza nas prosto na parking, co jest super, bo nie trzeba drałować po asfalcie. Zejście trwa max. 30 minut.

Pora wracać 🙂

Nie żałuję, że pomyliliśmy kierunki, bo dzięki temu odkryliśmy Wysoki Wierch, który bardzo przypadł nam do gustu. Całość trasy piękna i bez żadnych trudności. W Wąwozie Homole i przy podejściu na Wysoką pies spokojnie może ominąć żelastwo bokiem. Reszta trasy leśnymi ścieżkami i przez łąki łaskawa dla psich łap i stworzona do gry w piłkę. Mauro nikomu nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, wiele osób zagadywało jak widziało jego sprinty i skoki 🙂

Wycieczkę zrobiliśmy spokojnym tempem z 3 przerwami w ok. 6 godzin, przeszliśmy 16,2 km. Niekompletna mapka poniżej, niestety ścieżka ze schroniska nie jest znakowana, wiec mapa jej nie znajduje.

Wpis powstał we współpracy z marką Lisia Nora Wear. Dziękujemy za czaderskie psio-górskie gadżety <3

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o