Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Pluszkiejmy nad jeziorem Czarnym – sam koniec Mazur.

 

Miałam pisać praktyczny przewodnik po Tyrolu z psem.  Ale po co miałabym to robić, skoro póki co o zagranicznych wakacjach można tylko pomarzyć? Na dzień dzisiejszy jesteśmy w totalnym lesie, jeśli chodzi o plany urlopowe. I myślę, że w podobnej sytuacji jest większość osób. My wciąż mamy nadzieję, że uda się wyjechać za granicę bez szczepień i testów, choć wszystko wskazuje na to, że jednak nie. Wielu z naszych znajomych już przerzuciło się na szukanie wczasów w Polsce, a skoro tak, to mamy genialną miejscówkę.

Chodź, pokażę Ci Pluszkiejmy, jezioro Czarne i puszczę Romincką.

Umowa z Piotrkiem była prosta – ja szukam jakiejś aktywnej formy sierpniowego wywczasu, a on ogarnia miejscówkę na leniwą część wyjazdu. Więc po kajakach na Biebrzy (totalny niewypał nawiasem mówiąc) mieliśmy ruszyć na sam koniec Mazur – do niewielkiej miejscowości Pluszkiejmy nad jeziorem Czarnym.

Mazury… SERIO????

Na samą myśl o Mazurach do głowy przyszły mi  Mikołajki, Mrągowo, Giżycko i Krutynia. Czyli zgiełk, hałas, tłumy i Chińskie pamiątki na deser.

Nie chciałam jechać na Mazury. A tymczasem jak łatwo się domyślić, trafiliśmy na mega zaciszne i totalnie nieodkryte miejsce.

Ok zaczynamy!

PLUSZKIEJMY I JEZIORO CZARNE

Sama miejscowość Pluszkiejmy nie jest szczególnie duża, ale jej wielkim atutem jest jezioro. Piękne, otoczone lasem, tonące w zieleni. Z czystą i ciepłą wodą. I niezbyt popularne. Byliśmy w Pluszkiejmach w sierpniu i naprawdę było bardzo kameralnie. Nasz kawałek plaży był trawiasty, co bardzo nam pasowało. Natomiast obok, za drzewkami był niewielki skrawek wysypany piaskiem. W tamtej części były też zadaszenia, miejsca na ogniska i chyba nawet grill się znalazł. My nie musieliśmy się tam zapuszczać, bo nasi gospodarze mieli meble ogrodowe dla gości, ale o zakwaterowaniu będzie później. Najpierw pokażę Ci jezioro i plażę.

Ważne – w krzaczkach znaleźliśmy tabliczkę z maleńkim druczkiem napisaną informacją o zakazie kąpieli psów. Zapytaliśmy o to Gospodarzy. Okazało się, ze próbowali to wyjaśnić z Wójtem. Tekst na tabliczce został skopiowany – podobno z ustawy (choć ja nie słyszałam o ustawie mówiącej o takim zakazie generalnie we wszystkich Polskich jeziorach). Ale Wójt ani nikt inny absolutnie nie zakazuje ani pobytu, ani kąpieli psów w jeziorze. Czy psiarze doczekają się kiedykolwiek jakiegoś sensownego dostępu do informacji, czy już zawsze będzie taka prowizorka? Tu wystarczyło przecież tylko zredagować własny regulamin, zgodny z faktycznymi zakazami, zamiast załatwić sprawę na zasadzie „kopiuj – wklej”.

GDZIE MIESZKAĆ

Od razu zaznaczam, że to nie jest wpis sponsorowany. Piszę co prawda o całej okolicy, ale ta miejscówka składa się w bardzo dużym stopniu na nasze ogólne zadowolenie z wjazdu. Mieszkaliśmy w rewelacyjnym domku, pięknie urządzonym, w dodatku w pierwszej linii zabudowy od strony jeziora. Lepiej się nie dało! Mieliśmy też genialny widok z okna. Jedyne do czego miałam przed wyjazdem wątpliwości to wspólna kuchnia dla 4 pokoi. Zazwyczaj szukamy wyłącznie pokoi z własną kuchnią, zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzie nie ma żadnych knajpek. Ale kuchnia była super, a my trafiliśmy tak, że mieliśmy jednych sąsiadów, w dodatku tylko przez 2 noce. Później byliśmy na piętrze zupełnie sami.

Widok z naszego okna!
Nasza baza 🙂

Namiar na nasze lokum – link do Airbnb,

Gosponyni to Pani Ewa

600 958 347

Uwaga – Gospodarze mają koty. To tak dla wiadomości właścicieli psiaków, które „szczególnie lubią koty”.

CO JEŚĆ BĘDĄC W OKOLICACH?

My zazwyczaj na wyjazdach gotujemy sobie sami. Kiedy byliśmy w Pluszkiejmach jadłam jeszcze mięso, więc przeważnie, żeby nie tracić ani chwili nad jeziorem robiliśmy kiełbaski z ogniska. Poza tym w domku była dobrze wyposażona kuchnia. Jednak chcieliśmy też spróbować specjałów regionalnych, więc wybraliśmy się do Gołdapi na kartacze. Pluszkiejmy i Gołdap dzieli niecałe 15 km, więc luzik. O obecnie najlepsze knajpki najlepiej pytać Gospodarzy, będą mieli najbardziej aktualne informacje.

My polecamy zajazd Piękna Góra w Gołdapi. Piotrek jadł zupę gulaszową i kartacze i był bardzo zadowolony. Ja na wschodzie zawsze skuszę się na babkę ziemniaczaną i tak było też tym razem. Na tarasie bez problemu mogliśmy siedzieć z Mauro.

Poza tym koniecznie trzeba spróbować sękacza. Akurat podczas naszego pobytu przypadało Święto Sękacza w Żytkiejmach. Mieliśmy zamiar tam zajrzeć, ale do Gospodarzy wpadli akurat tego dnia znajomi i opowiadali, że była tam masa ludzi, a pod wieczór szykowała się jeszcze impreza z zespołem. Od razu odpuściliśmy, totalnie nie nasze klimaty.

Jednak w okolicy masa gospodyń wypieka sękacze, więc znalezienie ich poza świętem nie stanowi problemu. Odradzamy zakupy przy wejściu do atrakcji turystycznych, albo co gorsza w Biedrze. Raczej nie będzie to miało nic wspólnego z tradycyjną recepturą, ani prawdziwym smakiem. Naszego sękacza odpakowaliśmy dopiero w Krakowie, żeby podzielić się z rodziną i przyjaciółmi. Był prawie tak duży jak Maurusiek i kosztował około 50 zł.

Poza tym u Gospodarzy można zaopatrzyć się w miód z Puszczy Rominckiej, co oczywiście zrobiliśmy 🙂

CO ROBIĆ?

My planowaliśmy tylko byczyć się nad jeziorem – pływać, czytać i bawić się z Mauro. Niestety zapowiadali jeden dzień kiepskiej pogody i musieliśmy coś wykombinować. I choć wolałam zostać w pokoju i oglądać seriale, Piotrek wyciągnął mnie do Puszczy Rominckiej. Zapytaliśmy gospodarzy, czy wszędzie można łazić z psem. Odpowiedzieli, że bez problemu. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że niektóre szlaki są dla psiarzy niedostępne. My zaliczyliśmy zakaz wstępu już na pierwszej ścieżce edukacyjnej i trochę zrzedły nam miny.

I wtedy przypomniałam sobie, jak nasi sąsiedzi z pokoju obok zachwycali się mostami.

PFFFFF…..Co może być ciekawego w mostach?

A jednak wtedy, siedząc w aucie zupełnie bez pomysłu, postanowiliśmy podjechać pod te mosty. Lepsze to niż nic. I tym sposobem zrobiliśmy całodniową rundę po Akweduktach Puszczy Rominckiej i zaliczyliśmy jeszcze tego dnia górską wyrypę.

AKWEDUKTY PUSZCZY ROMINCKIEJ

Ten dzień był mega intensywny, wracaliśmy po ciemku, a jak tylko zobaczyłam łóżko padłam jak długa. Nasza opcja zwiedzania była zdecydowanie zzipowana. Ale z pewnością mogę powiedzieć, że był to jeden z najfajniejszych dni ever.

Najpierw podjechaliśmy do miejscowości Kiepojcie, pod zaznaczony na mapie wiadukt kolejowy. Obeszliśmy go ze wszystkich stron, wdrapaliśmy się na górę i…

Kurcze, w sumie spoko, fajny klimat. Może coś z tych mostów będzie? Powoli ulatniało się nasze zniechęcenie, bo te mosty były zupełnie inne niż sobie wyobrażaliśmy. Przede wszystkim nic po nich nie jeździło. A poza tym stały sobie cichutko z dala od głównych dróg, w otoczeniu zieleni.

Pierwszy wiadukt – Kiepojcie.
Góra 🙂

Z wiaduktu w Kiepojciach można podejść pieszo na raptem kilometrowy spacerek do innych mostów. Naszym zdaniem dużo fajniejszych, niż pojedynczy wiadukt. Należy (stojąc przodem do mostu od strony drogi) wdrapać się na wał i iść nim cały czas w lewo (z mapą kupioną na miejscu będzie no problemo). Uwaga na gniazda os w ziemi. Ja prawie wlazłam z jedno, a było ich tam setki. Nie chcę nawet myśleć jak bardzo ukąszenia setek osy mogły popsuć nam wyjazd. Zwłaszcza, że ja i Mauro mamy bardzo silną alergię na wszelkiego rodzaju ugryzienia.

Aż się prosi, żeby iść na spacer.

Większość osób w Kiepojciach podjeżdża tylko pod pojedynczy wiadukt. Te drugie mosty nie są znane i zazwyczaj zostają pominięte. A my bardzo polecamy ten spacer, bo nam podobały się one znacznie bardziej niż sławny wiadukt. I znacznie dłużej je oglądaliśmy.

Później na trasie mieliśmy Stańczyki. To zdecydowanie najpopularniejsze mosty w okolicy i kręci się tam sporo turystów. Zresztą ich zdjęcie zdobi każdą mapę regionu. Wstęp jest płatny dla ludzi, a psiaki wchodzą za darmoszkę. W bonusie Pan z budki wydrapał nam Mauro. Zapłaciliśmy w 2019 roku 8 zł za bilet normalny, czyli total 16 zł. Ulgowy kosztował połowę taniej. Warto przejść górą i wybrać się na spacer dołem. Naprawdę robią wrażenie. I mimo popularności, na szczęście nadal są utrzymane w fajnym, zacisznym klimacie, nieskażonym watą cukrową.

Ze Stańczyków pojechaliśmy na obiad do Gołdapi, a w ostatniej kolejności zaliczyliśmy wiadukty w Botkunach. Tu trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby je namierzyć. Jechaliśmy na GPS. Ostatnie 2 km to leśna droga. Totalnie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i dokąd nas to doprowadzi. Poza tym robiło się ciemno i czułam się nieswojo. Ale zaufanie jakim obdarzyliśmy nawigację jednak się opłaciło. Po dojechaniu do końca drogi i postawieniu jakiś 3 kroków znaleźliśmy ostatnie tego dnia mosty. Podobne do tych drugich w Kiepojciach ,ale niższe i jakby grubsze. Te też bardzo nam się podobały.

W Botkunach złapał nas wieczór.

Pańcia, wyłaź już z tego rowu!

Dla wkręconych w temat podrzucam artykuł. Ja po wycieczce wpadłam w szał czytania wszystkiego, co tych mostów dotyczyło. Kto by pomyślał?

Niestety nie dotarliśmy do Żytkiejmów >smuteczek<.

A najlepsze jest to, że ciekawa dla nas wycieczka, była atrakcyjna również dla Mauro. Wszystkie mosty są w lesie, więc miał mega spacerowy dzień!

BONUS – PIĘKNA GÓRA

Po mostowych atrakcjach w Stańczykach zgłodnieliśmy, więc podjechaliśmy do polecanego przez Google Maps Zajazdu Piękna Góra w Gołdapi. Okazało się, że przy zajeździe jest stok narciarski. Oczywiście w tej części Polski nie ma co się spodziewać wysokich gór, czy długich tras zjazdowych, ale pomyśleliśmy, że ze „szczytu” może być ładny widok. A że tego dnia mieliśmy przed sobą jeszcze tylko mosty w Botkunach, to pomaszerowaliśmy na 15-minutowy spacer. Na szczycie Pięknej Góry znajduje się obrotowa restauracja, która kompletnie nas nie interesowała. Byliśmy już najedzeni na wcisk. Za to widoki były naprawdę bardzo zielone. Także polecamy, bo za jednym zamachem można i zjeść i spalić obiad!

A poza tym? Cała cudownie dzika puszcza Romincka czeka na odkrycie. Pod warunkiem, że tak jak my nie zapuścisz się na żadne ścieżki edukacyjne, czy wieże widokowe, bez problemu można spacerować z psem.

W okolicy przebiega masa ścieżek rowerowych, w tym odcinek Green Velo. Wiadomo, jak zawsze część prowadzi przez wioski, ale większość bitymi, oraz leśnymi drogami. I naprawdę wszystkie te ścieżynki są piękne.

Także myślę, że spokojnie znajdzie się tam wystarczająco atrakcji na całe wakacje i na każdą pogodę.

To tyle na dziś. I jak zwykle mam nadzieję, że wpis będzie przydatny!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
×

Like us on Facebook