Rakytov – najbardziej nie-blogowy szczyt Wielkiej Fatry.

Trzeci dzień naszych Słowackich wojaży i moje urodziny. Chciałam je uczcić wycieczką na skalistą część Wielkiej Fatry i szczyt Ostra. Jednak, jak to zwykle bywa – plany planami, a życie życiem.

Wstaliśmy późno, zresztą nie było sensu się zrywać, bo w nocy lało, a całe rano hulał wiatr. Nie wróżyłam nam tego dnia wycieczki, ale koło 9 pogoda zaczęła się klarować. Było pochmurnie, ale nie padało, więc postanowiliśmy ruszyć tyłki, jednak bez większych nadziei na widoki. Pierwotny plan odpadał, wędrówka po mokrych skałach nie brzmi zachęcająco, a dodatkowe 50 km do miejsca startu ostatecznie pogrzebało ten pomysł. Od razu przypomniałam sobie Rakytov, który poprzedniego dnia wpadł mi w oko. W końcu nie po to go wypatrzyłam, żeby go nie zdobyć!

Widok na Rakytov ze szlaku na Ploskę.
Widok na Rakytov, ze szlaku na Rakytov 😀

Szybko odpaliłam Googla w poszukiwaniu planu. I co? I nic! Pojedyncze informacje, żadnych blogowych relacji, jakby nikt na Rakytov nie chodził. Ostatecznie rzuciliśmy okiem na mapę i wybraliśmy podejście żółtym szlakiem, który zaczyna się kawałek za Liptovską Osadą. Słupek ze szlakowskazem widać z głównej drogi, nie mieliśmy żadnych problemów z odnalezieniem go. Tyle się naczytałam o kiepskich oznaczeniach na Wielkiej Fatrze, a my już trzeci dzień z rzędu trafiamy w sam środek tarczy!

Zgodnie z mapą w jedną stronę mamy 6,5 km i 1002 m przewyższenia, szacowany czas przejścia – nieco ponad 3 godziny. Początek szlaku to asfaltowa, w miarę płaska droga. Na szczęście jest zamknięta dla samochodów, więc poza tym, że idzie się upierdliwie, przynajmniej nikt nie smrodzi spalinami. Nawierzchnia lata świetności ma już dawno za sobą, ale rowerzyści nie narzekają. Spotkaliśmy grupę chłopaków z Polski, zadowoleni zmierzali w górę, a ja z zazdrością patrzyłam na ilość przełożeń w ich rowerach. Dla mnie wycieczka rowerowa w góry pozostaje w sferze marzeń – białą, zabawkową damką niewiele bym tam zdziałała 🙂

Z asfaltowym odcinkiem rozprawiliśmy się w około pół godziny. Mniej więcej w połowie zaczęłam świrować, a chwilę po mnie Piotrek, asfaltu w górach to my nie lubimy!

W końcu udaje nam się na dobre wejść do lasu, szlak prowadzi wąską ścieżką, stromo pod górę. W końcu do podejścia jest ponad 1000 m, więc nie może być ciągle płasko. Widoków na tym odcinku nie ma, ale idzie się dobrze, jest las, cisza i spokój, więc wszystko się zgadza. Co jakiś czas spotykamy się z szerszą drogą, prawdopodobnie jeździ tędy zaopatrzenie do schroniska, przypuszczamy, że korzystają z niej również rowerzyści, żeby nie przeciskać się między drzewami na wąziutkim pieszym szlaku.

Standardowo zabezpieczam tyły 😛

Dojście do schroniska Útulňa Limba zajmuje około 1,5 godziny. Na drzwiach wisi tabliczka zakazująca wejścia z psem. Jednak pogoda dopisuje, a spod schroniska roztacza się ładny widok na Niżne Tatry, więc postanawiamy zrobić chwilę przerwy na zewnątrz.

Po chwili wychodzi gospodarz, zamieniamy kilka słów. Opowiadamy, że idziemy na Rakytov i dopytujemy o dalszy przebieg szlaku. Na tabliczkach nie ma podanego czasu przejścia na szczyt, a jedynie do przełęczy Severné Rakytovské sedlo. Okazuje się, że na przełęczy żółty szlak zmienia się na zielony, stąd braki w oznaczeniach. Od schroniska na szczyt mamy w sumie około godziny drogi. Gospodarz na chwilę chowa się do środka, ale tylko po to, by przynieść dla Mauro michę słoniny. Pięknej i tłuściutkiej, jaką nie pogardziłby żaden pies. Co robi Mauro? Patrzy z wyższością i odwraca się od talerza. Było nam tak głupio, że bardziej chyba nie może!

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak wyprowadził nas z lasu na wąską ścieżkę. Od tego momentu zaczyna się najbardziej atrakcyjna i zdecydowanie najprzyjemniejsza część wycieczki. Odsłania się coraz więcej widoków, a sama ścieżka trawersująca zbocze Rakytova jest bardzo przyjemna i zupełnie nie męcząca. W dodatku coraz częściej wychodzi słońce, aż chce się żyć!

Warto trochę posapać dla takich widoków 🙂

Po około 40 minutach marszu osiągnęliśmy Severné Rakytovské sedlo. Zza drzew nieśmiało wyłaniają się widoki na Małą Fatrę, więc nie możemy się już doczekać ataku szczytowego 🙂 Szybki rzut oka na znaki i zupełnie nie wiemy co dalej! Zielony szlak prowadzi w dół, jest też druga strzałka, ale wskazuje gęsty las. Bosko! Na szczęście z Rakytova schodził akurat turysta i pokierował nas na właściwą ścieżkę. Szlak przechodził pomiędzy kosodrzewinami i był na tyle wąski, że go nie zauważyliśmy.

Ostatni odcinek prowadzi grzbietem i jest dość stromy, zwłaszcza na początku. Jednak bliskość celu daje kopa i nawet nie wiemy kiedy przed nami wyrósł krzyż. Nie wiem, czy to kwestia dwudniowej zaprawy, czy przewyższenie jakoś proporcjonalnie się rozkłada, ale na szczycie nie czuliśmy zmęczenia. Nikt nie jęczał, nikt nie kładł się plackiem na trawie – jak nie my! Pozostając w psim klimacie można powiedzieć, że to była parówka z masłem 🙂

Daliśmy radę 🙂

Mieliśmy kupę szczęścia, bo w momencie kiedy weszliśmy na szczyt zaczęło się wypogadzać. Ciemniejsze chmury przechodziły, a na horyzoncie pojawiały się białe obłoczki. Niestety, zupełnie nie miało to przełożenia na nasze odczucia. Wiatr chciał wywiać mózg przez uszy, a zimno dotkliwie szczypało policzki. Odczuwalna temperatura była drastycznie niższa od rzeczywistej, więc czym prędzej wyciągnęliśmy czapki  i rękawiczki. Pechowo wzięłam czapkę, której nie cierpię, więc musiałam ją ściągać do zdjęć 🙂

Widok w kierunku Małej Fatry <3
I trochę bliżej – na drugim planie charakterystyczny Stoh i skalisty Velky Rozsutec. Na następne urodziny chcę superzooma 😀

Rakytov ma wysokość 1567 m npm i jest bodajże trzecim szczytem pod względem wysokości w całym pasmie Wielkiej Fatry. Dziwi jego brak popularności, w ładne sobotnie popołudnie spotykaliśmy na szczycie może 5 osób i jednego psa. Puchy! Nie wiem czemu tak mało osób wybiera ten szczyt, bo naprawdę niczego mu nie brakuje. Szlak na górę malowniczy, łatwy i niezbyt czasochłonny, a widoki przepiękne. Z jednej strony w całej okazałości prezentuje się Ploska, dobrze widać Małą Fatrę, Wielki Chocz, a nawet Babią Górę. Ta to ma parcie na obiektywy, wepchnie się dosłownie w każdą panoramę 🙂

O patrz tam byliśmy! Patrz a tu widać to! I godzina wyjęta z życia 🙂
Widok na Ploskę <3
Po lewej stronie widać Niżne Tatry 🙂

W końcu doszliśmy do wniosku, że obfociliśmy wszystko co się dało, a dłuższe pozostawanie na szczycie zamieniłoby nas w bryły lodu. Powoli zbieraliśmy się do powrotu. Niestety nie wpadła nam do głowy żadna sensowna pętelka, więc musieliśmy schodzić tą samą drogą. Dopiero podczas zejścia zauważyłam stylówkę Piotrka – krótkie gatki i wełniana czapka. Cała drogę powstrzymywałam śmiech. Jakby ktoś potrzebował porady modowej to zapraszamy. Zapisy na rok do przodu 🙂

Daleko z przodu Wielki Chocz <3

Już po wycieczce dokopałam się do informacji, że Rakytov pod względem pogody jest tak samo kapryśny, jak Babia Góra. Nawet jak na dole jest ciepło i bezwietrznie, na szczycie może być zupełnie inaczej. W naszym przypadku to się sprawdziło, na górze zmarzliśmy jak nie wiem, podczas gdy kawałek po zejściu można było leżeć na trawie i wystawiać pyski do słońca.

Przy przełęczy spotkaliśmy tych samych rowerzystów, co na początku wycieczki. Tym razem im nie zazdrościłam, patrząc jak z wysiłkiem targali rowery na plecach 🙂 My na luzie, z pustym termosem i uszczuplonych prowiantem, szliśmy zadowoleni w dół.

W schronisku zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, miałam ochotę na grzańca, niestety gospodarz wyraził oburzenie na sam pomysł podgrzania piwa. Wzięłam więc zwykłe, a dla Piotrka poprosiłam o herbatę. Chyba się nie zrozumieliśmy, bo dostał miętę. Z perspektywy czasu myślę, że powinnam była poprosić o czaj…

Reszta drogi minęła nam bez przygód, nawet asfalt pod koniec znieśliśmy całkiem dobrze. Humory dopisywały, pogoda mimo pesymistycznych prognoz naprawdę się udała, więc nie tylko zaliczyliśmy szczyt, ale też zobaczyliśmy widoki. Po trzeciej z rzędu wycieczce byliśmy trochę zmęczeni, ale szliśmy z przekonaniem, że zasłużyliśmy na coś dobrego do jedzenia. W dodatku w lodówce czekał szampan, a na pen drivie serial. Lepszych urodzin nie mogłam sobie wymarzyć!

I jeszcze mapka:) Dystans według moich mięśni i aplikacji to 15,5 km.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o