Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Seebergspitze – do dwóch razy sztuka.

Kiedy planowałam pierwszy wypad do Pertisau w 2017 roku, Seebergspitze wpisałam jako pierwszy na wyjazdową listę „must see”. Miejsce wakacji też nie było przypadkowe, po obejrzeniu fejsikowej relacji mojej kumpeli z tego szczytu od razu wiedziałam, że muszę tam kiedyś pojechać. „Kiedyś” w praktyce oznaczało najbliższy urlop.

Niestety, trafiliśmy wtedy na lato stulecia, temperatury od rana nie schodziły poniżej trzydziestki. Nasza gospodyni od razu odradziła nam szlak na Seebergspitze w taką pogodę. Otwarty teren, spore przewyższenie i 3 godziny drogi… Faktycznie, nie brzmiało to rozsądnie w pełnym słońcu. Do tego wszystkiego dołączył Piotrek:

„Czy Ty w ogóle widziałaś jak to wygląda z dołu?”

„Tam jest kawał drogi, zdechniemy na tym podejściu”

Musiałam przyznać mu rację, na żywo Seebergspitze serio robi wrażenie. Z dołu wygląda jak gigantyczna piramida, a strome zbocze nie zachęca do próby wdrapania się na szczyt. Cóż, wtedy odpuściłam, ale obiecałam sobie, że wrócę. Okazja nadarzyła się w tym roku. Wciąż tliła się we mnie nadzieja, że tym razem uda się namówić Piotrka.

Seebergspitze to ten na pierwszym planie po lewej stronie jeziora, za nim trochę niższy Seekarspitze. Zdjęcie zrobione ze szczytu Barenkopf.

SPONTANICZNA DECYZJA

Trzeci dzień w Alpach, pogoda totalnie do kitu. Całe niebo szczelnie zasnute ołowianymi chmurami i ani pół milimetra błękitu. Szaro, buro i sennie, klimat idealny pod kocyk, na dobry film z kieliszkiem wina i psem na kolanach. Mimo to postanowiliśmy wybrać się na jakąś wycieczkę, bo skoro nie padało, to szkoda było przesiedzieć cały dzień w pokoju.

Władowaliśmy się do samochodu i na wstępnie zaliczyliśmy spinę o to, gdzie jedziemy. Mieliśmy 2 szlaki do wyboru – Rofanspitze i Largoz, ale żadne z nas nie chciało brać na siebie decyzji. W końcu ruszyliśmy w kierunku autostrady z nadzieją że do rozwidlenia coś postanowimy. W końcu ustaliliśmy Rofan i wybraliśmy drogę do Maurach. Na miejscu okazało się że kolejka do kolejki (w sensie do wagonika) zakręca 3 razy, a na parkingu nie dało się wcisnąć szpilki.

Serio? W taką pogodę???

No i z Rofana nici. A tu nagle Piotrek wyskoczył, że w sumie nie jest za gorąco i możemy spróbować wejść na Seebergspitze. Do miejsca startu mieliśmy z Maurach 3 km, więc idealnie pasowało. A na Seebergspitze nie ma żadnej kolejki, więc raczej nie powinno być też tłumów. Zresztą kto by chciał gramolić się na szczyt 3 godziny, pokonując po drodze 1 135 m przewyższenia?

START – PERTISAU

Szlak na Seebergspitze zaczyna się na wielkim parkingu w głębi Pertisau. Przebraliśmy butki i ruszyliśmy w drogę. Szlak przez chwilę prowadzi asfaltem do końca miejscowości. Po około 300m pojawia się szlakowskaz oznajmujący nam, że czeka nas 3 godziny mordęgi. Gorzej, bo cel wycieczki wybraliśmy spontanicznie i mgliście kojarzyłam mapę. Niby coś mi świtało, że można iść przez schronisko, ale szlakówki pokazywały w okolicy 2 (Pletzach Alm i Gernalm), a ja nie wiedziałam które jest po drodze. Został nam wariant bezpośrednio na szczyt, taki jak na oznaczeniach. Nie było już odwrotu, ruszyliśmy wąską ścieżką w las.

Gramolimy się 🙂

Od początku zastanawiałam się jak ugryźć to podejście. To, że trzeba iść pokonując zakosy wiedziałam, ale jak zająć głowę żeby nie wkradło się zniechęcenie? Rozmowa z Piotrkiem nie wchodziła w grę, fizycznie było to po prostu niemożliwe. Nastawiłam się, że od początku będę rzęzić, narzekać i wkurzać się, że nic a nic nie posuwamy się do przodu. Okazało się jednak, że szło się zaskakująco przyjemnie. Szlak był puściutki, leśna ścieżka prowadziła zakosami, a nachylenie nie robiło krzywdy płucom. Naprawdę cieszyłam się tym podejściem (choć sama nie wierzę, że to piszę).

Pierwsze prześwity w lesie.
Odpoczywamy nieco sfatygowani 🙂

SZLAKOWSKAZ NA POCIESZENIE

W pewnym momencie mimo przyjemnego marszu zaczęliśmy się zastanawiać na jakiej wysokości jesteśmy. Czy pokonaliśmy połowę przewyższenia? Zerkaliśmy kątem oka na kolejkę Karwendel Bergbahn, która znajdowała się po drugiej stronie Pertisau. Wiedzieliśmy, że górna stacja jest na wysokości 1 447 m. To najlepszy punkt odniesienia podczas większej części trasy. Szczytu nie widać, wyłania się dopiero pod koniec wycieczki. Tymczasem gapiąc się na każdym prześwicie w stronę kolejki doczłapaliśmy do kolejnego szlakowskazu. Nie było tam żadnego rozejścia, jedynie strzałka na Seebergspitze. Czas przejścia 1,5 godziny. Byliśmy w połowie drogi!

Yeah!

Słupek stoi i idealnym miejscu, dostajesz drugie życie akurat w momencie, kiedy zaczyna siadać motywacja.

Połowa drogi!!!

Mina mówi sama za siebie 🙂
Odpoczywamy <3
Za mną górna stacja kolejki Karwendel Bergbahn – nasz punkt odniesienia przy nabieraniu wysokości.
Ciągle to samo…Zakosy, zakosy i zakosy, a celu nie widać.

OSTATNIA PROSTA

Po niezliczonej ilości zakosów pokonanych w lesie, a później w kosówce doszliśmy wreszcie do wypłaszczenia. Naszym oczom po raz pierwszy ukazał się cel. Wyglądało na to, że będzie dość stromo, ale wydawało się, że zostało max 30 minut marszu.

Jeeest nasz cel!

Najlepsze jest to, że na otwarty teren wyszliśmy akurat, gdy pokazało się słońce. Grzało niemiłosiernie, a my mieliśmy przed sobą najgorszą stromiznę. W dodatku perspektywa bliskości szczytu okazała się złudzeniem optycznym. W rzeczywistości od wierzchołka dzieliła nas prawie godzina marszu.

Ojoj….

Na którejś przerwie Piotrek na szybko sprawdził w necie podstawowe informacje o trasie. Oczywiście wszystko było po niemiecku. Uśmialiśmy się bo translator poinformował nas, że pod koniec potrzebna będzie „spokojna stopa”.  W tym momencie przypomnieliśmy sobie to sformułowanie. Końcówka prowadzi wąziutkim grzbietem, a z jednej strony zbocze opada stromo w stronę jeziora. Wspominałam już pewnie nieraz, że nasz Mauro jest miłośnikiem przepaści… Podchodził do każdego prześwitu w kosówce i wpatrywał się w dół. Nawet pół metrowa smycz nie zapewniała nam spokoju.

Może to nie przepaść, ale nie chciałabym zlecieć.
Stromo.
Końcówka drogi prowadzi grzbietem, w stronę jeziora ostry spad.

Ostatni odcinek nie jest trudny, nie ma żadnych łańcuchów, czy klamer. Nic z tych rzeczy. To po prostu wąska ścieżka grzbietem, po kamieniach i skale. Tyle, że jezioro jest znacznie niżej, a zbocze bardzo strome i wrażliwszym osobom może zakręcić się w głowie. U nas Piotrek zdecydowanie nie gustuje w przepaścistych terenach, za to my z Mauro je uwielbiamy. Także zaliczyliśmy kolejny tego dnia „mały” zgrzyt, z tym że Mauro nie oberwał, a ja dostałam za dwoje…

Stromo.

SEEBERGSPITZE 2 085 M Z PSEM

Na szczycie byliśmy tylko chwilę. Słońce wyszło na dobre i smażyło tak, że prawie skwierczeliśmy. Poza tym Piotrek serio nie lubi szczytów z przepaściami dookoła i widać było, że nie chciał zostawać tam dłużej. Potrzebowaliśmy też cienia, bo odpoczynek w pełnym słońcu nie był dobrym pomysłem. Jednak widoki ze szczytu są niesamowite, więc chwila na porozglądanie się po okolicy i fotki musiała się znaleźć.

Szlakowskaz na szczycie – tu można odbić i zejść przez Pletzach Alm.
Widok na nasz szlak.

Seekarspitze – godzinka drogi od Seebergspitze.

STRACH MA WIELKIE OCZY

Na szczycie znajduje się rozejście na Pletzach Alm, którym teoretycznie mogliśmy zejść. Jednak teren wyglądał na znacznie trudniejszy, niż na naszym szlaku. Co jakiś czas zerkałam na parę, która gramoliła się tamtędy schodząc w dół. Szło im niesamowicie powoli i przez cały czas jak byliśmy na szczycie, nie udało im się przejść za wiele. Na końcu wpisu w informacjach praktycznych dam znać, jak można pokombinować, żeby nie schodzić tą samą drogą.

My woleliśmy zejść znaną ścieżką po śladach i powylegiwać się gdzieś w zacienionym miejscu z widokiem na jezioro. Ostrożnie, krok za krokiem sprowadzaliśmy Mauro po trudniejszym terenie. Byłam tak zaaferowana drogą, że nie rozglądałam się dookoła.

Dopiero kiedy szlak trochę się wypłaszczył zauważyłam, że po prawej stronie zrobiło się czarno. Kiedy byliśmy na szczycie, niebo było jasne i nic nie wzbudziło naszego niepokoju. Warunki zmieniły się w ciągu kilkunastu minut. Rozmazane szczyty nie zostawiały złudzeń, po drugiej stronie doliny szalała ulewa. Na szczęście nie grzmiało, więc bez paniki schodziliśmy coraz niżej, mając nadzieję schować się w lesie zanim lunie. Niestety, jeszcze podczas marszu przez kosówkę, zaczęło kropić. Początkowo lekko, z czasem coraz bardziej rzęsiście.

BURZA

Szliśmy w deszczu jakieś 40 minut i zaczęliśmy mieć nadzieję, że te czarne chmurzyska to nie żadna burza, tylko zwykła przelotna ulewa. Niestety zanim weszliśmy do lasu usłyszeliśmy pierwszy grzmot i jego echo odbijające się od wszystkich okolicznych szczytów. Mauro totalnie spanikował i zaczął ciągnął tak, że Piotrek ledwo był w stanie go utrzymać. W tym momencie zatrzymaliśmy się, żeby ustalić strategię. Piotrek chciał próbować przeczekać, ale skąd mogliśmy wiedzieć ile przyjdzie nam stać pod drzewami? Trzeba było iść. I tak byliśmy już cali mokrzy i ubłoceni. Puściłam chłopaków przodem, umówiliśmy się na parkingu. Piotrek poleciał ciągnięty przez Mauro, a ja starałam się schodzić na tyle szybko, na ile dało się na mokrych kamieniach.

W totalnej ulewie szłam przez okrągłą godzinę zupełnie sama. I się nie bałam! W zasadzie nawet nie wiem z jakiego powodu, ale humor wyjątkowo mi dopisywał. Burza nie mogła mi zrobić krzywdy w gęstym lesie, więc schodziłam na luzie. Ostatecznie na parking dotarłam 10 minut po chłopakach. Mauro leżał już wytarty i zawinięty w kołderkę w swojej leżance. My szybko ogarnęliśmy ociekające wodą ciuchy i ruszyliśmy w drogę do domu.

PRAKTYCZNIE:

  • Szlak na Seebergspitze zaczyna się na dużym parkingu w głębi Pertisau. Charakterystycznej sylwetki szczytu nie da się pomylić (zdjęcie u góry wpisu), jechaliśmy więc w jego stronę, aż dotarliśmy na parking.
  • Opłaty za parking w Pertisau są ujednolicone. 1 Euros za godzinę, 7 za cały dzień (stan na 2020).
  • Pertisau znajduje się na 950 m, a szczyt Seebergspitze liczy 2 085 m. Jak łatwo policzyć, do zrobienia mamy 1 135 m przewyższenia. Ta różnica wzniesień rozkłada się na dystansie niecałych 5 km. Nie jest bardzo stromo, ale też nie jest to spacerek.
  • Szlakowskazy pokazują czas przejścia 3 godziny. My z przerwami tylko na picie i fotki, bez postojów wdrapaliśmy się na szczy w 2:40.
  • Na szlaku nie ma szczególnych trudności, ale na końcowym etapie można poczuć się niekomfortowo patrząc w stronę jeziora. Nie można mówić o jakiejś szczególnej ekspozycji, ale przestrzeni pod nogami jest bardzo dużo, a ścieżynka wąska. Także osoby z lękiem wysokości lub przestrzeni mogą mieć problem.
  • Wycieczkę można ułożyć w przyjemną pętlę schodząc przez schronisko Pletzach Alm. Więcej informacji tutaj.
  • Trasę można wydłużyć zdobywając Seekarspitze (2 053 m). Z Seebergspitze to godzinka drogi. Zejście do Achenkirch. Tam mamy dwie opcje – powrót wzdłuż jeziora, jak w tym linku (po drodze fajne schronisko Geisalm), lub podejście do przystani i złapanie statku do Pertiasau. Z psem no problemo, ale kaganiec obowiązkowy. W 2017 roku za statek zapłaciliśmy 11 Euro od osoby.
  • Jest jeszcze jedna opcja pętli przez oba szczyty. Zostawiam linka, choć patrząc na mapę jakoś nie mam do niej przekonania. Ale zawsze warto mieć wybór.

Ok, tyle na dziś. Seebergspitze będę wspominać wyjątkowo dobrze. Wycieczka jest sprawdzianem kondycyjnym, ale nie morderczą przeprawą. Widoki na Achensee boooskie. No i świadomość, że dopięłam swego i spełniłam marzenie napawa mnie jednak dumą!

Wiem, że Piotrek wszedł tam tylko dla mnie i bardzooooo, bardzoooo jestem za to wdzięczna. Kochanie, dziękuję że ze mną byłeś!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
×

Like us on Facebook