Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Stara Pawłówka – tu odpoczniesz jak nigdy.

Czas powoli planować wiosenne wojaże, więc dziś chciałam się z Tobą podzielić jednym z najfajniejszych miejsc, w jakim mieszkaliśmy z Mauro. Gospodarstwo agroturystyczne na Podlasiu to idealne miejsce na odpoczynek i totalny reset. To tam pierwszy raz tak odcięłam się od rzeczywistości, że po wjeździe do miasta zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Zgiełk, spaliny, światła i ilość decybeli po tygodniowym pobycie na wsi to był szok. Aha! To nie jest wpis sponsorowany, po prostu to miejsce bardzo nas urzekło.

Do Starej Pawłówki trafiliśmy zupełnym przypadkiem. Bardzo chcieliśmy po spływie tratwą przenieść się gdzieś na Mazury, niestety na szybko nie znaleźliśmy żadnego sensownego noclegu. Zdecydowaliśmy się szukać w ciemno i tak trafiliśmy w okolice Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Zdjęcia wyglądały nieźle, a gospodarstwo jest położone zaledwie 10 km od jeziora Hańcza. Postanowiliśmy zaryzykować, zwłaszcza, że w regulaminie był absolutny zakaz urządzania imprez, co przyjęliśmy w ulgą.  

Po bardzo męczącym dniu na tratwie, na miejsce dojechaliśmy dokładnie o 22:50. Kilkanaście kilometrów przed Starą Pawłówką minęliśmy ostatnią latarnię. W egipskich ciemnościach jakoś udało nam się trafić, ale jazda w takich warunkach po kiepskich drogach dodatkowo dała nam w kość. Na miejscu okazało się, że nie doczytaliśmy informacji, że kibelek i łazienka są na zewnątrz. Zwiedzanie ich w nocy spowodowało, że popadliśmy w lekką rozpacz. Zero latarni, ciemno jak nie powiem gdzie i jeszcze trzeba łazić do wychodka! To już było dla mnie za dużo. Jednak po tratwie padaliśmy na pyski i zaraz po znalezieniu drogi do łóżka, całą trójką odlecieliśmy.

Rano zobaczyliśmy wszystko w zupełnie innych barwach, a właściwie głównie w zielonych. Gospodarstwo znajduje się na uboczu, a od cywilizacji oddzielone jest polem kukurydzy. Cisza, spokój i uginające się pod ciężarem owoców jabłonki. Do dyspozycji mieliśmy hamaki, boisko do siatkówki i miejsce na ognisko.

Mieszkaliśmy w budynku obok stodoły, właścicielka nazywała go kurnikiem.

Moje chłopaki <3 Ten z lewej to najbardziej niezawodny facet w moim życiu 😉
Nasz kurnik 🙂
Taki widok przy śniadanku <3

Mimo niewielkiego metrażu mieliśmy lodówkę i jednopalnikową kuchenkę. My najczęściej jedliśmy coś z ogniska, ale przynajmniej mogliśmy zrobić obiadek dla Mauro, który gardzi gotowym jedzeniem. No i rano zajadaliśmy się jajecznicą na pomidorach z wiejskich jajek. Pyyycha!

Przy wejściu komplet mebli ogrodowych na wyłączność. Bajka! No i nie było TV, co okazało się wielkim plusem, bo dzięki temu wieczory, zamiast przy serialach spędzaliśmy w ogrodzie, gadając, grillując i popijając winko, aż robiło się zupełnie ciemno. Przez cały pobyt laptop przeleżał w torbie, nawet nie popatrzyliśmy w jego stronę 🙂

Zawsze mieliśmy świetne towarzystwo trójki wypieszczonych i nieprzyzwoicie szczęśliwych zwierzaków. Na początku poznaliśmy Lady – suczkę, ktoś ją wyrzucił jak była szczenna. Pani Jadwiga przygarnęła ją i 2 szczeniaki. Później odwiedził nas Fox, przeuroczy kundelek, który cały czas wygląda jakby coś przeskrobał. Na końcu przyszedł kot o imieniu Kot. Kiciuś jest niepełnosprawny, ma zdeformowane przednie łapki, a na operację jest już za późno. Nie chcę wiedzieć co przeszedł w przeszłości 🙁 Teraz wszystkie zwierzaki mają się świetnie. Już pierwszego wieczoru cała trójka bez skrupułów sępiła kiełbasę, a kot rozłożył się na moich kolanach i mruczał jak traktor. Jak przestawałam go drapać, to mnie gryzł! Biedny Mauro zupełnie nie wiedział co się dzieje, nie dość że dwa obce psy robią mu konkurencję, to jeszcze Pańcia zadaje się z kotem!

Gang <3

Czy on nie wygląda jakby miał coś na sumieniu? <3

Gospodyni, Pani Jadwiga to super babka. Ma wielkie serce dla zwierzaków i świetny pomysł na miejsce, które tworzy. Założenie jest proste – cisza, spokój i zero nadęcia. Do dyspozycji gości są 4 pokoje w domu ( z łazienkami) i nasz kurnik. Ale można też spać w stodole (czad!), albo przyjechać z namiotem, lub przyczepką. W stodole jest urządzony kącik do czytania, a także stoły i ławy do siedzenia w większym gronie, tak żeby można było pogadać nie zakłócając innym odpoczynku.

Takie spanie też niczego sobie!

Dawno nie trafiliśmy tak dobrze. Czas płynął nam wolniej niż do tego przywykliśmy. Nigdzie się nie spieszyliśmy, całymi dniami spacerowaliśmy, a popołudnia spędzaliśmy w ogrodzie. Nawet brak kibelka miał swoje plusy, kiedy wstałam pierwszej nocy, przejście niespełna 30 metrów zajęło mi parę dobrych minut. Stałam i gapiłam się  na rozgwieżdżone niebo. Niby nic, ale taki mieszczuch jak ja rzadko ogląda gwiazdy. Od razu poleciałam obudzić Piotrka, nie myśląc, że zrywam go w środku nocy tylko dlatego, że chcę mu pokazać niebo.  Nie mam niestety zdjęć, bo kto by się w nocy wybierał do kibelka z aparatem?

Węzeł sanitarny 🙂

Jeżeli chcesz wypocząć z dala od cywilizacji i na maksa się zresetować, to miejsce jest dla Ciebie! Za 4 noce z Mauro zapłaciliśmy ok 460 zł. Cisza, spokój i widok na gwiazdy w cenie! Mauro był mile widziany i razem z Lady i Foxem mogli biegać luzem po całym terenie. Jeżeli jeszcze kiedyś zapuścimy się te rejony, to na pewno tu wrócimy!

A na koniec bonus – najlepsze pamiątki z Podlasia! Dla nas wybór jest tylko jeden, lokalne smaki. Ja jestem miodowym łasuchem, więc od razu wiedziałam, czego szukać. Najlepszy miód znaleźliśmy w sąsiedniej miejscowości o ciekawej nazwie Śmieciuchówka. Nie w żadnym sklepie, a prosto z prywatnej pasieki poleconej przez Panią Jadwigę. Choć nie planowałam żadnych szaleństw, wróciliśmy lżejsi o 110 pln. Miodu z głogu i maliny, a także faceliowego (do tamtej pory nie widziałam nawet co to za roślina) nie mogłam przecież przepuścić, więc wzięliśmy aż 3 litry. Ale na miody mój portfel jest zawsze otwarty, więc niczego nie żałuję!

Do tego u Pani Jadwigi obłowiliśmy się kilka litrów soku z ogrodowych jabłonek i wiejskie jajka, a w gratisie dostaliśmy pomidory <3

Z tego wszystkiego nie podałam namiarów 🙂

Agrocamp (Stara Pawłówka 18)

Pawłówka 18, 16-427 Pawłówka

502 126 487

A co robić w okolicy? Spacerować po bezkresnych lasach, pluskać się w Hańczy i jeziorze Czarnym, po prostu odpoczywać. Wystarczy pojechać do Turtulu, siedziby Suwalskiego Parku Krajobrazowego, zainwestować kilka złotych w mapę i już możesz przebierać w szlakach jak w ulęgałkach. Dojazd z naszej bazy do większości szlaków to nie więcej niż 15 km. I wszędzie można łazić z psem!

Takie tereny spacerowe 🙂
Jezioro Czarne <3
Dzika Hańcza 🙂
Ale zielono!

To co, ktoś chętny na odrobinę głuszy?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
×

Like us on Facebook