Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Trekking w masywie Civetty – Cima Coldai i Lago di Coldai.

Wycieczka z psem, świstakami i sową w tle.

O ile pies i świstaki zapewne nikogo nie zdziwią, to skąd ta sowa? – Spytasz pewnie.

A stąd, że Civetta po Włosku oznacza właśnie sowę. A sowa to piękny, dostojny i tajemniczy ptak, więc na szlak ruszaliśmy z wielką ciekawością.

Na cel naszej czwartej wycieczki wybraliśmy szczyt Cima Coldai o wysokości 2403 m npm. Niby niewielki jak na Dolomity, a jednak bardzo niepozorny. Końcówka podejścia należała do najtrudniejszych podczas pobytu. Na szczycie jest bardzo wąsko, a pionowe przepaście z każdej strony potrafią przyprawić o zawrót głowy. Mimo, że uwielbiam przestrzeń i nie mam lęku wysokości, to muszę przyznać, że na szczycie trochę trzęsły mi się kolanka. Mauro trzymaliśmy na krótkiej smyczy i pilnowaliśmy jak oka w głowie.

Cima Coldai widoczna z górnej stacji kolejki Ski Civetta Alleghe. Tam byliśmy 🙂

ALLEGHE – COL DEI BALDI

Miejsce startu to niewielkie miasteczko Alleghe. Dojazd z Arraby to nieco ponad pół godzinki, dystans 23,5 km.  Droga jest stoma, kręta i pełna rowerzystów i motocyklistów. Czyli standard.

Dolna stacja kolejki Civetta Ski Alleghe znajduje się przy głównej drodze, a przy samym wyciągu jest niedrogi parking – 4 Euro za cały dzień. Tam zostawiliśmy auto i ustawiliśmy się w kolejce po bilety. Przed nami stała wycieczka, przewodnik o imieniu Mauro (!) kupował bilet grupowy i szło mu bardzo opornie. Za każdym razem kiedy ktoś go wołał, reagował również nasz Mauro! Wszyscy, którzy stali blisko nas mieli niezły ubaw.

Podróżnik <3

Kolejka gondolowa  jest dwuetapowa, w połowie trzeba się przesiąść, przy czym do pokonania miedzy stacjami jest jakieś 300 m – 500 m. Na stacji pośredniej jest parking, my jednak zostawiliśmy auto na dole, zaoszczędzając mu dodatkowych atrakcji na krętej drodze. Bilet w dwie strony na obie gondole to 12 Euro od osoby, pies za darmo.

Już górna stacja kolejki oferuje meeeeega widoki. Rozprostowaliśmy nogi, zrobiliśmy fotki i ruszyliśmy ochoczo szlakiem 561 w kierunku schroniska A. Sonino Al Coldai.

Przy takich widokach aż chce się grać!

COL DEI BADI – FUNIVIA DI ALLEGHE

Początek wycieczki to szeroka szutrowa droga w stronę przełęczy Funivia Di Alleghe. Przejście tego odcinka zajmuje jakieś 15 minut i nie nastręcza żadnych trudności.  Na przełęczy jest opuszczony budynek i nic poza tym. Zrobiliśmy tylko krótki postój na posmarowanie wszystkich odstających części ciała kremem z filtrem. Mimo kiepskich prognoz słońce grzało, więc bez kremu szybko usłyszałabym skwierczenie własnych ramion. Napoiliśmy też Mauro i ruszyliśmy dalej, wąską i mega malowniczą ścieżką.

Piękne widoki towarzyszą nam od początku <3
W dole Funivia di Alleghe.

FUNIVIA DI ALLEGHE – RIFUGIO A. SONINO AL COLDAI

Ten odcinek to chyba najprzyjemniejsza część wycieczki. Ścieżka wznosi się zakosami, a że teren jest w większości otwarty, towarzyszą nam piękne widoki. Szybko nabieraliśmy wysokości, a za plecami coraz okazalej prezentował się szczyt Monte Pelmo.

Ruszamy!

Dostojny Monte Pelmo.

Nabieramy wysokości 🙂

Ścieżka jest poprowadzona tak, że trzymając się oryginalnego szlaku podejście do schroniska to nieforsowny i bardzo przyjemny spacer. Jednak całe zbocze usiane jest gęstą siatką skrótów, więc czasem ciężko nam się było połapać gdzie aktualnie przebiega szlak i czy na pewno jesteśmy na nim, czy może zupełnie obok. Nie ma to jednak znaczenia dla orientacji, a jedynie może spowodować, że zamiast prawdziwego skrótu, zafundujemy sobie stromiznę i  zamiast zyskać na czasie, stracimy na energii.

Hunc na szlaku <3

Ostatni odcinek przed schroniskiem jest bardziej stromy i sporo węższy. I o ile dotychczas cieszyliśmy się względnym spokojem na szlaku, o tyle na zwężeniu stanęliśmy w korku. Bardzo ciężko było wyprzedzić, a jak na złość zorganizowana wycieczka z przewodnikiem dostała minutę na zrobienie zdjęć akurat w tym miejscu. Okazało się, że była to wycieczka z Polski, więc wymieniliśmy pozdrowienia i czy prędzej popędziliśmy do schroniska, żeby zdążyć zamówić, zanim zrobi się tam naprawdę tłoczno. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że takie wakacje byłyby bardzo nie dla mnie. Marsz w tempie nadanym przez przewodnika skutkował sporym rozwarstwieniem grupy. Jedni rwali się do drogi i chcieli więcej i szybciej, a inni ledwie łapali oddech na szarym końcu. Przerwy i zdjęcia tylko w wyznaczonym czasie, postoje na fotki również. Fakt – zorganizowany transport, wyżywienie i gotowy plan trekkingu to spore udogodnienie, ja jednak wolę ogarniać wszystko sama i cieszyć się niezależnością. Lubię spędzać urlop we własnym rytmie i prostu mieć wybór. No i móc pojechać z Mauro, bo w wakacje rodzina musi być w komplecie!

On też kocha podróże!

Po pokonaniu stromego podejścia, do schroniska zostaje już ostatnia prosta. Rifugio A. Sonino Al. Coldai, jak na warunki Dolomitów jest średnio oblegane. Jednak my przyzwyczajeni do kameralnego klimatu Beskidów poza sezonem, czuliśmy się tam trochę zagubieni. Dolomity są generalnie bardzo tłoczne i w okresie wakacyjnym trzeba się po prostu z tym liczyć. Udało nam się jednak znaleźć puściutką polankę na tyłach budynku i tam rozłożyliśmy się na krótki popas.

Ostatnia prosta 🙂
Rifugio A. Sonino Al Coldai

W kwestii schroniska – piwo kosztuje standardowe 5 Euro. Toaleta jest bezpłatna. Mężczyźni muszą sobie poradzić z narciarzem. Piotrek opowiadał, że dzieciaki kompletnie nie wiedziały o co chodzi. W damskim jest normalny kibelek, także warunki królewskie!

RIFUGIO A. SONINO AL COLDAI – LAGO DI COLDAI

Po odpoczynku w schronisku, a przed atakiem szczytowym na Cima Coldai, postanowiliśmy podejść nad jeziorko Lago di Coldai. Od schroniska to zaledwie 15 minut drogi. W połowie odchodzi szlak na Cima Coldai, ale jak to z oznaczeniami pod szczytem wygląda, będę pisać później. Mieliśmy pecha, bo akurat przed nami nad jeziorko ruszyły 2 wycieczki nastolatków. Ilość decybeli przekraczała wszelkie możliwe normy. Mimo planów pomoczenia nóg, ostatecznie nawet nie zeszliśmy nad brzeg. Rzuciliśmy okiem z góry, żeby nie pchać się w tłumek i podeszliśmy zrobić rekonesans dalszej drogi.

Rzut oka na pozostawione za sobą schronisko.
Trochę jak Tatry, no nie?
Zbieramy siły przed atakiem szczytowym na Cima Coldai.

LAGO DI COLDAI – CIMA COLDAI

Wystarczył rzut okiem do góry, żeby dostrzec wydeptaną ścieżkę w stronę szczytu. Było co prawda stromo i szło się powoli, ale jakoś doczłapaliśmy do szlaku. Problem w tym, że szersza, udeptana ścieżka tak nagle jak się pojawiała, tak samo szybko się urywała. Znaków nie było, bo nie było ich na czym ich namalować, wszędzie dookoła była wyłącznie trawa. Na szczyt nie chodzi za wiele osób, więc zbocze nie było udeptane. Większość turystów zawraca przy schronisku, albo idzie w stronę Rifugio Tissi. Cima Coldai stoi  sobie cichutko, trochę w cieniu innych atrakcji masyw Civetty. A szkoda!

Lago di Coldai widziane ze szlaku.

W końcu im bliżej szczytu, tym wyraźniejsza była ścieżka, więc szliśmy bardziej na luzie, nie wypatrując dalszego przebiegu szlaku. Jak łatwo się spodziewać, poszliśmy źle. Ścieżka doprowadziła nas na sam skraj urwiska. Fakt, że ładny był to punkt widokowy, ale nam nie o to chodziło. Jednak nie ma tego złego, bo na naszej ścieżce spotkaliśmy świstaka. Spójrz tylko, jaka to urocza paróweczka!

Mauro widząc świstaka schował się za moimi nogami i poczekał aż ten przerażający zwierz schowa się do swojej norki. My zawróciliśmy i bez pudła namierzyliśmy skręt, który wcześniej nam umknął. Końcowy odcinek podejścia jest dość trudny. Nie mam zdjęć, musieliśmy schować aparat, żeby bezpiecznie wprowadzić Mauro. Zbocze jest bardzo strome, a ścieżka naprawdę wąska. Z czasem drobne kamyczki zmieniają się w skałę. Ja jestem niska, więc musiałam wspomagać się rękami. Mauro z kolei czasem nie miał pomysłów którędy wejść, więc trzeba było mu pomóc. Ja szłam na początku, pokonywałam niewielki odcinek i czekałam. Piotrek asekurował Mauro z tyłu i jakoś sukcesywnie szliśmy do przodu. Trudna końcówka zajęła nam jakieś 20 minut, a od schroniska do szczytu szliśmy ponad godzinę. Nie spodziewaliśmy, że najniższy szczyt podczas wyjazdu tak da nam w kość. I to w sumie nawet nie fizycznie, bo obiektywnie mówiąc, wycieczka nie jest forsownie. Ale koncentracja na finiszu spowodowała, że na górze ledwo żyłam z nadmiaru wrażeń.

Rifugio Coldai z tej perspektywy to mróweczka!
Wysokoooo!

CIMA COLDAI Z PSEM – 2403 M NPM

Jak widać, zdobycie Cima Coldai z psem jest możliwe, jednak widziałam po Mauro, że na niewielkim, bardzo przepaścistym szczycie, trochę się bał. Od razu zapięliśmy go na smycz, a sami usiedliśmy, żeby trochę ostudzić emocje. Jak tylko wstawałam, żeby zrobić jakieś zdjęcie, Piotrek trochę się pieklił. Ja sama, jak on za bardzo zbliżył się do krawędzi, dostałam chyba z 5 zawałów i zrozumiałam jego obiekcje. W końcu podziwialiśmy na siedząco.

Tak to mniej więcej wygląda 🙂

Szczyt jest oznaczony dość oryginalnie – stoją na nim 2 krzyże. Żeby było ciekawiej, oba są powykrzywiane. Przypuszczam, że ucierpiały podczas burz i porywistych wiatrów. Pozostałe widoki ze szczytu bez zarzutu!

Na dole widoczny szlak 560 do Rifugio Tissi.

Chmury próbujące przebić się przez ścianę Civetty. Ale to był spektakl!

CIMA COLDAI – RIFUGIO A. SONINO AL COLDAI

Po ostudzeniu emocji zebraliśmy się na dół. Niebo całe pokryło się chmurami i coś wisiało w powietrzu. Warunki zmieniały się stopniowo, więc nie było powodów do paniki, ale trzeba było powoli wracać. Początek był ciężki, mimo że szliśmy bardzo ostrożnie, Piotrek i tak wylądował na tyłku. Później było już łatwiej.

Najgorsze za nami!
Z tej perspektywy Cima Coldai wygląda bardzo niepozornie.

Postanowiliśmy spróbować zejść tak, jak prowadzi szlak, ale ścieżka znów zaczęła nam znikać. Na czuja dotarliśmy do skałek i w sumie do tej pory nie wiem, czy tak powinno być. Ale miało to swoje plusy, bo spotkaliśmy kolejnego świstaka!

Ten był trochę dalej 🙁

W międzyczasie chmury się przerzedziły i znów wyszło słońce. Smażyło niemiłosiernie, dużo bardziej niż rano. Nie wiem skąd, ale po prostu wiedzieliśmy na bank, że lunie. Zeszliśmy do schroniska, uzupełniliśmy wodę dla Mauro i ruszyliśmy dalej.

RIFUGIO A. SONINO AL COLDAI – COL DEI BADI

Nie bardzo jest o czym opowiadać, szliśmy tą samą drogą co wcześniej. Tyle, że zagęszczaliśmy ruchy bo wszystkie znaki na niebie i ziemii zwiastowały nadchodzącą ulewę. Trafiliśmy idealnie, bo lunęło w momencie, kiedy wsiedliśmy do wagonika. Nasza radość trwała jednak tylko chwilę, bo uświadomiliśmy sobie, że podczas przesiadki jest kawałek do przejścia. Pokonaliśmy go biegiem, a i tam zdążyło nas zlać.

Ostatnie zdjęcie przed ulewą 🙂

INNE OPCJE WYCIECZEK W OKOLICY

Nasza trasa miała dystans około 10 km i zajęła nam bez pośpiechu jakieś 6 godzin. Ale można inaczej:

  1. Cima Coldai można zdobyć z innej strony. Więcej informacji tutaj. Warto wejść w link, bo w opisie wycieczki są zdjęcia z końcowego podejścia na szczyt. Pozwolą lepiej ocenić trudność. Pomóc może również ten filmik.
  2. Jeżeli nie chcesz iść na szczyt Cima Coldai, polecam udać się wzdłuż jeziora szlakiem 560 do Rifugio Tissi. Podobno jest ono wyjątkowo pięknie położone. Jeżeli kupisz bilet w obie strony, jest tylko jedna opcja powrotu – tą samą drogą. Wycieczkę można jednak ułożyć w ciekawą pętlę:
  3. Możesz kupić bilet na gondolę tylko do góry, później udać się do Rifugio A. Sonino Al Codai i dalej przez Lago di Coldai do Rifugio Tissi. Stamtąd można zejść do Alleghe, ale z tego co czytałam jest bardzo stromo i długo się idzie. Więcej informacji tutaj.

To tyle ode mnie! To co, fajne te Dolomajty, nie?

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
AlaWiesiek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Wiesiek
Gość
Wiesiek

Troszkę żałuję, że to przedostatni fotoreportaż, ale mam już z Alą kontakt i napewno będzie to owocować. Jestem wciąż pod wrażeniem i gór i ludzi gór, którzy potrafią tak zainteresować. Pełen profesjonalizm, pozdrowienia dla całej rodzinki z psinką.

×

Like us on Facebook