Wszystkie szlaki prowadzą na Weiße Wand.

Zawsze jak gdzieś wyjeżdżamy mam przygotowane plany wycieczek, przeważnie jest ich znacznie więcej, niż dni urlopu, duuuużo więcej 🙂 Karyntia nie była wyjątkiem, wszystko wynotowane, jednak sporo tras miało przewyższenia przeszło 1000 m, a siedząc na kanapie nie pomyślałam o wyszukaniu żadnej lajtowej trasy. W tym przypadku jednak to nie zakwasy ani zmęczenie, a pogoda spowodowała, że nie za bardzo mogliśmy się ruszyć gdzieś wyżej. Lipiec rządzi się swoimi prawami, pogoda bywa bardzo niestabilna. Przez cały nasz pobyt prognozy pokazywały chmury i deszcze. Jednak w praktyce przez większość dnia było słońce, a prognozowane opady pojawiały się w postaci gwałtownych burz.

Tego dnia od rana niebo nie budziło naszego zaufania, jak nic coś wisiało w powietrzu. Planowanie wielogodzinnej wycieczki na 2000 m z psem to byłoby wariactwo. Przy śniadaniu wzięliśmy wszystkie mapki i broszurki, które dostaliśmy przy zameldowaniu i zaczęliśmy szperać w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Od razu pomyśleliśmy o Weiße Wand. Oznaczenia szlaków pojawiały się na każdym rozwidleniu już od miejscowości Praditz, a z Oberdorfu, gdzie mieszkaliśmy wychodziło ich chyba z 5. Trzeba było sprawdzić co to za miejsce i dlaczego prowadzi tam niezliczona sieć ścieżek zdrowia, szlaków rowerowych i nordic walking.

Ruszyliśmy spod naszego mieszkania, szlak nr. 7 zaczynał się dokładnie po drugiej stronie ulicy. Ścieżka wspólna dla pieszych i rowerów była szeroka i od początku prowadziła przez las. Niby nic szczególnego, las to las i wszędzie wygląda podobnie, jednak zapach igliwia i zieleń od razu wprowadziły nas w sielski klimat. Bardzo przyjemnie się szło, nie trzymaliśmy tempa, tylko noga za nogą, gadając i rzucając Mauro piłkę szliśmy do przodu. W końcu od początku nastawialiśmy się na spacer.

Sielskość nad sielskościami <3
Gesund Wandern, jeśli dobrze pamiętam lekcje, to coś w stylu ścieżki zdrowia.

W pewnym momencie doszliśmy do rozwidlenia szlaków. Oba warianty prowadziły na Weiße Wand, tyle że jeden był krótszy i bardziej stromy (7), a drugi dłuższy, ale łatwiejszy (7a). Pierwszy z nich prowadził przez chaszcze i był bardzo wąski, więc ze względu na zabawę z Mauro wybraliśmy dłuższą opcję. Co jakiś czas mijali nas rowerzyści, w Neusach była spora wypożyczalnia bardzo popularnych w tamtych rejonach rowerów z napędem elektrycznym. Choć bywali i tacy, którzy na górę wjeżdżali siłą własnych mięśni. Patrząc na trasę, nie był to jakiś szczególny wyczyn. Całą drogę szło się łagodnie do góry, bez żadnych większych stromizn.

Łatwiejszy = szerszy wariant szlaku idealny na piłeczkę 🙂

Po około godzinie z małym haczykiem zameldowaliśmy się na miejscu. Było zaskakująco ładnie, zupełnie się tego nie spodziewałam. W sumie chyba niczego się po tej trasie nie spodziewałam 🙂 A tu widok na jezioro, masa zieleni i coraz mocniej świecące słońce sprawiły, że mieliśmy wyborne humory i chęć na dalszą drogę.

Motylem byłam ale utyłam 🙂
Krzywa fota, ale nie było nikogo w pobliżu do zrobienia lepszej.
Najlepsza miejscówka na drugie śniadanie <3
Zdobycz udokumentowana, można ruszać dalej 🙂

Podczas pogawędki z parą rowerzystów zaniepokoił nas dziwny odgłos, jakby grzmot gdzieś w oddali, choć nie byliśmy tego pewni. Ale że Mauro nie zareagował, to uznaliśmy, że nam się przesłyszało. Ruszyliśmy wąską ścieżką w kierunku schroniska Gajacher Alm i szczytu Hochtraten (całe 1646 m npm).  Pogoda dopisywała, teren się wypłaszczył, wiec szło się bardzo przyjemnie.

Szybko uporaliśmy się z tym odcinkiem drogi i doszliśmy do rozwidlenia. Szlak nr. 2 prowadził do schroniska Gajacher Alm, a 2a na szczyt Hochtraten. Uznaliśmy że najpierw pójdziemy do schroniska, od którego dzieliło nas około 20 minut drogi. Przeszliśmy może 3 minuty nim usłyszeliśmy pierwszy grzmot. Tym razem nie dochodził z oddali, a wydawał się bardzo blisko. Chwilę później wyszliśmy na otwarty teren i wiedzieliśmy, że zaraz zrobi się bardzo nieciekawie. Z drugiej strony doliny nadciągała solidna burza. Szybka akcja, Mauro na smycz i nogi za pas. Pędziłam tak, że ledwo pamiętam jak wyglądała droga. Prawie zabiłam się o ogrodzenie dla owiec, które trzeba było przejść slalomem. I to nie dlatego, że ja boje się burzy. Należę raczej do tych siedzących z nosem przyklejonym do okna, nieraz nawet wychodzę na balkon 🙂 Z naszej trójki burzy boi się Mauro. Był tak przerażony, że Piotrek ledwo był w stanie go utrzymać i gdyby nie pobliskie schronisko, to nie wiem gdzie byśmy się schowali.

Trzeba zwiewać!

Ja, jak to ja nie schowałam aparatu, tylko lecąc z wywieszonym jęzorem robiłam zdjęcia 🙂 Oczywiście nic z nich nie wyszło, tyle że bez sensu traciłam energię. Jednak szczęśliwie udało nam się dobiec do schroniska przed najgorszym. Co prawda grzmiało jak nie wiem i Mauro bardzo się bał, ale zdążyliśmy przed ulewą. Płuca paliły mnie żywym ogniem, serce znalazło się gdzieś w okolicach przełyku i próbowało przedostać się do mózgu, który z kolei chciał wyjść przez uszy. Nie wiem jak bieganie może sprawiać przyjemność…

Gajacher Alm chwilę przed burzą.

W schronisku wszyscy zamykali okna i lokowali się na ławeczkach. Gospodyni jak zobaczyła przerażenie Mauro zaprowadziła nas do najgłębiej położonego pomieszczenia – kuchni i posadziła przy swoim stole. Byliśmy jej bardzo wdzięczni, bo było tam w miarę ciemno i spokojnie. Zamówiliśmy piwo i czekaliśmy aż burza się uspokoi. Mauro siedział pod ławką i się trząsł, ale przynajmniej nie uciekał.

Burza trwała może 40 minut, jak grzmoty ustały wyszliśmy na zewnątrz. Mieliśmy iść na szczyt Hochtraten, a później w stronę schroniska Alm hinterm Brunn, ale zrobiło się późno, więc musieliśmy okroić nasze plany. Ruszyliśmy na szczyt Hochtraten, a stamtąd mieliśmy zejść najkrótszą trasą. Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się, żeby pooglądać krajobraz po burzy. W połączeniu z zapachem ozonu i muczeniem zmokłych krów znów zrobiło się jakoś wyjątkowo miło.

Idzie błękit <3

I już po strachu 🙂

Na szlaku spotykaliśmy mega słodkie towarzystwo 🙂

Osioł był nieco natarczywy 🙂

Według mapy szczyt powinien być bardzo blisko schroniska. Łaziliśmy po całej polanie, zaglądaliśmy w każdą ścieżkę i nigdzie nie znaleźliśmy tabliczki. Było zimno, nie mieliśmy żadnej bluzy, a w dodatku ciągle kropiło, więc skapitulowaliśmy. Z mapy ewidentnie wynika, że na szczycie byliśmy, ale dowodów nie mamy 🙂 Powoli zaczęliśmy schodzić szlakiem 2a do Weiße Wand, a stamtąd tą samą drogą co wcześniej do domu.

Na zdjęciu poniżej bardzo dobrze widać wyciąg Weissensee Bergbahn i Golz, który zdobyliśmy poprzedniego dnia (to ten najbardziej skąpany w chmurach).  W najwęższym miejscu jeziora widać most w miejscowości Neusach.

Niewielkie wysokości, nieudokumentowane szczytowanie i burza po drodze – składa się to na prawdziwą katastrofę. Jednak my nie wiedzieć czemu świetnie się bawiliśmy. Nawet Mauro jakoś szybko się pozbierał, choć przeważnie długo rozpamiętuje burze. W dodatku to na tej wycieczce jakoś tak wyjątkowo poczuliśmy klimat tego miejsca. Czasem warto po prostu przejść się po okolicy.

Oznaczenia szlaków mam z broszurek informacyjnych i mapek, które każdy pensjonat daje turystom przy zameldowaniu. Wszystko za free! Co prawda podróżowanie po Austrii kosztuje (zwłaszcza jak nie zarabiasz w ojro), ale przynajmniej wiemy, za co płacimy! Jeszcze jakby gwarantowali pogodę to już w ogóle byłoby  super 🙂

Uff, to prawie koniec opowieści z Karyntii. Został mi jeszcze jeden wpis. Aż wstyd, że mam zaległości w lipca…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o