Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Wysoka w bajkowej odsłonie.

Tak mnie wkurza tegoroczna zima, że jak wreszcie udało nam się uszczknąć jedną jedyną prawdziwie zimową wycieczkę, to nie mogę jej opisać. Mam zastój i nie jestem w stanie z siebie wydusić żadnego sensownego zdania. I tak od kilku dni.

No, ale że zgrałam już fotki z aparatu, to wypadałoby też dodać do nich tekst, więc liczę, że jakoś rozgrzeję szare komórki. Na razie zakopały się w najdalszym zakątku, dokładnie tak, jak w szkole na lekcjach znienawidzonej przeze mnie historii (za to lubiłam matmę i chemię, takie ze mnie dziwo…).

Zaczęło się od tego, że w Krakowie padało nieprzerwanie przez kilka dni. Jak lunęło w poniedziałek, tak do czwartku jechało równo z kilkoma małymi przerwami. Temperatura oscylowała w okolicach zera, więc wiedziałam, że w górach ten opad może oznaczać tylko jedno. ŚNIEG. Weekend musiał być nasz! Padło na Wysoką w Pieninach, w sumie nawet nie wiem czemu właśnie ten szczyt wpadł mi do głowy. Ale to był mega dobry pomysł!

JAWORKI – SCHRONISKO POD DURBASZKĄ

Nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać w sobotę bezpośrednio po opadach. Czy szlak będzie choć w miarę przetarty? Czy w tygodniu ktoś wybrał się w te rejony, no i czy zatoczył całe planowane przez nas kółko obejmujące Wysoki Wierch, Wysoką i jeszcze Białą Wodę do tego?

Pan obsługujący parking trochę nas uspokoił, wiedział że Wysoka była przedeptana, ale Białej Wody i Wysokiego Wierchu nie był pewny. Postanowiliśmy więc odwrócić pętlę i zacząć od drogi dojazdowej do Schroniska pod Durbaszką. Tam nie mieliśmy wątpliwości, że śnieg będzie idealnie ubity, a my szybko śmigniemy począteczek.

No, jasne… śmigniemy!

Rzadko zdarza nam się aż tak utknąć po drodze. Najkrótszy i najłatwiejszy etap pochłonął najwięcej czasu. Mauro tarzał się i rył, a my ciągle zatrzymywaliśmy się na fotki i oglądanie widoczków. Zazwyczaj nie lubię dróg dojazdowych do schronisk, ale ta w zimowych warunkach prezentowała się wyjątkowo ładnie. No i nie można nie wspomnieć, że sam w sobie szlak jest bardzo widokowy. Za plecami mamy całą panoramę Beskidu Sądeckiego. Nam udało się nawet wypatrzeć wieżę na Radziejowej!

Nic go nie rozjechało!

Widok na Beskid Sądecki <3

Droga, która powinna nam zająć maksymalnie 40 minut pochłonęła przeszło godzinę. Kawałek przed schroniskiem zaczęliśmy się zastanawiać, czy jest sens wstępować i jakoś od słowa do słowa nabraliśmy ochotę na ciacho. Do wyboru była tylko szarlotka, ale nie narzekaliśmy. Dopełnieniem szczęścia była kawka. Z psem można wejść do jadalni bez problemu. Mauro przeszkadzał jedynie miejscowemu kotu, który wylegiwał się na oknie. Na jego widok śmiesznie burczał i nie dał się ułaskawić nawet kawałkiem kurczaka!

SCHRONISKO POD DURBASZKĄ – WYSOKA

Trochę się obawialiśmy dalszej drogi, bo powyżej schroniska nikt już samochodem nie jeździ, więc szlak mógł być równie dobrze cały zasypany. Dodatkowo na otwartym terenie wieje, więc ślady mogły znikać zawiane kopnym śniegiem. Szybko się jednak uspokoiliśmy, bo od schroniska szlak był idealnie udeptany i bardzo przyjemnie się szło. Humory nam dopisywały i nawet zaczęłam mieć nadzieję, że zahaczymy o Wysoki Wierch.

Wysoki Wierch, a w tle Trzy Korony <3

Niestety na rozejściu szlaków spotkaliśmy kilka osób schodzących z Wysokiej. Zapadali się w śniegu po kolona, zresztą szlak nie był przetarty, a bardziej „podziurawiony” nielicznymi śladami. Chłopaki potwierdzili, że kopny śnieg jest na dość długim odcinku, dopiero pod koniec jest lepiej. Od razu też rozwiali nasze wątpliwości co do dalszych planów, szlak w stronę Białej Wody był zasypany, możliwe było jedynie zejście przez Wąwóz Homole.

Obawiając się ciężkiego marszu w kopnym śniegu z żalem odpuściłam Wysoki Wierch i za namową Piotrka poczłapałam w stronę Wysokiej. Koszmarnie mi się szło, bo ślady pojedynczych stóp były w odległości mojego pół-szpagatu. Kombinowałam jak koń pod górę, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie. Po kopnym śniegu było jeszcze gorzej, więc nie mając wyjścia sadziłam mega długie kroki próbując jakoś doskoczyć do kolejnego śladu. Ale byłam dzielna! A niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Piotrku, który pieklił się na całego, że mu się niewygodnie idzie. No i na pewno Mauro też cierpi (tak cierpiał że co kilka kroków specjalnie wchodził w zaspy). Puściłam marudę przodem, a sama cieszyłam się pierwszą porządną zimą, jaką udało mi się w tym roku zobaczyć.

Pierwszy prześwit na Tatry.

Po przejściu całego otwartego odcinka weszliśmy w las, gdzie szlak był bardzo dobrze ubity. Na niektórych podejściach wręcz wyślizgany. Bez większych trudności, na zmianę ostro podchodząc i schodząc doszliśmy do rozejścia szlaków i bez zatrzymania rozpoczęliśmy atak szczytowy.

Chłopaki walczą z podejściem 🙂

WYSOKA

Nagrodą za bolące mięśnie i zadyszkę był widok. Pogoda udała się genialnie, widoczność była super, więc od razu polecieliśmy pooglądać Tatry. Lubię tą nieco boczną perspektywę, jaką oferuje Wysoka. Chyba z żadnego innego szczytu nie widać Tatr pod takim kątem.

Trzy Korony i dalej Babia, niestety za smogiem…

Zostaliśmy na szczycie na szybki popas (na stojąco bo nikt z nas nie miał ochoty usadzić tyłka na śniegu) i powoli zaczęliśmy się zbierać. Trochę się obawialiśmy zejścia po schodach na początku, zastanawialiśmy się też jakie warunki będą w Wąwozie Homole. Nie dość, że chodzi tam sporo osób, to jeszcze skały dają sporo cienia. To wszystko składało mi się na potężne oblodzenie.

WYSOKA – WĄWÓZ HOMOLE

Udało nam się zejść bez uszczerbku na zdrowiu, choć na metalowych schodach było kilka poślizgów. Zatrzymaliśmy się przy ostatnim punkcie widokowym, żeby jeszcze raz zobaczyć Tatry i ruszyliśmy w kierunku polany pod Wysoką.

Musiałam zrobić fotkę akurat jak Mauro puszczał parę 🙂

Dobrze się szło, szlak był przetarty, ale nie wyślizgany a ujemna temperatura powodowała, że śnieg nie roztapiał się na butach. Mimo kilku godzin nie mieliśmy w butach żadnych powodzi, choć wstyd się przyznać ile czasu nie impregnowałam naszych człapaków. Mauro miał posmarowane łapki Linomagiem (wazelina też by się sprawdziła), więc rzadko musieliśmy mu wyciągać lodowe kule spomiędzy poduszek. Śmigał po śniegu jak rakieta i wyglądał na bardzo zadowolonego.

WĄWÓZ HOMOLE – JAWORKI

Szlak przez wąwóz był naprawdę w dobrym stanie. Mimo maaaasy turystów, którzy szli tylko ten krótki odcinek, lód napotkaliśmy tylko w jednym miejscu. Akurat stała na nim grupa dziewczyn w kozakach na obcasie. Wyobrażam sobie, że sweet fotka w modnej stylówce to ważna rzecz, ale żeby od razu ryzykować nogi (albo co gorsza zęby)… Ja w całkiem porządnych butach, na serio bardzo niepewnie pokonałam ten odcinek. Choć odniesienia do siebie powinnam odpuścić, bo mało kto rodzi się z tak osobliwą gracją jak ja!

W lecie jakoś nigdy nie potrafiłam docenić uroku Wąwozu Homole, ale w zimowej scenerii wyglądał naprawdę zjawiskowo.  Zrobiłam więc kolejny milion zdjęć zanim udało nam się zejść do auta. I cieszę się jak nie wiem, że zmobilizowaliśmy się do wyjazdu, bo choć raz w tym roku udało nam się zobaczyć prawdziwą zimą. Lubania nie liczę, bo był taki lód, że nie dało się nawet porzucać śnieżkami (smuteczek).

Szkoda, że tak mało zimy było tej zimy. No cóż, może jeszcze przyjdzie na Wielkanoc 🙂

4
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
WiolkaAlaWiolkas Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Wiolkas
Gość
Wiolkas

Piękne zdjęcia, widoki .Piękna jest zima w górach ! Zazdroszczę wycieczki.