Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Zachód słońca bez słońca i nowe oblicze Ćwilina.

Tegoroczny maj… ekhmmm. Cóż, nie będę za nim tęsknić. Było co prawda kilka dni względnej pogody, ale też nie takiej, żeby piać z zachwytu. Mimo planów nie udało nam się wybrać na zachód słońca w góry, bo jedyny weekend jaki się nadawał, nastąpił akurat po najbardziej deszczowym tygodniu. Ale przyszedł czerwiec, a wraz z nim bardzo optymistyczna prognoza. Już od poniedziałku było wiadomo, że sobota będzie nasza. Wytęsknieni za wycieczką odliczaliśmy dni do weekendu. Mieli do nas dołączyć Jarek i Dorota (brat i bratowa Piotrka, a dla mnie szwagier i szwagierka), ich syn Paweł i psina Deli. Miało być ognicho, kiełbaski, gonitwy po łące i zachód słońca na deser.

Planowanie wycieczek to mój żywioł, więc z radością zabrałam się za obmyślanie trasy. Wiedziałam, że najlepszy będzie Ćwilin, ale z Piotrkiem nie chcieliśmy wchodzić po raz kolejny trasą od Przełęczy Gruszowiec, czy z Jurkowa. Zaplanowałam wejście drogą różańcową, która prowadzi razem z żółtym szlakiem rowerowym. W jedną stronę miało wyjść niecałe 4 km, więc nawet z ciężkim prowiantem na plecach nie spodziewaliśmy się szczególnego trudu.

Na początek trochę grozy

Wszystko szło zgodnie z planem, w Krakowie była piękna pogoda, więc bez wahania wzięłam letnie buty bez membrany. Spakowaliśmy plecaki, wzięliśmy Mauro pod pachę i ruszyliśmy na miejsce spotkania z Dorotą i Jarkiem – na stację benzynową przed wjazdem do Wieliczki. I tu właśnie przebiegała granica ładnej pogody. Przed sobą zobaczyliśmy gigantyczną chmurę i rozmazane niebo – charakterystyczny widok ciężkiej ulewy. I faktycznie, nie minęło 5 minut jak jechaliśmy 20 km/h, a wycieraczki na najwyższych obrotach nie były w stanie zapewnić nam żadnej widoczności. No, bajka! Zadzwoniłam do Doroty i przekrzykując uderzający o dach samochodu deszcz ustaliłyśmy, że nie zawracamy. Nie ma mowy, żeby jakaś mała chmurka (padało około 40 km!) zrujnowała nasze plany.

Optymistyczny początek trasy…

Wilczyce – Ćwilin

Szlak zaczyna się w Wilczycach. Jadąc od Jurkowa na szczycie wzniesienia po prawej stronie pokaże się drewniana tablica i skręt w gruntową drogę. Jest informacja, że to teren prywatny, ale stało tam już kilka samochodów, więc i my zaryzykowaliśmy.  Z tego miejsca idziemy cały czas szeroką drogą gruntową. Przez 90% czasu po totalnym błocie, bo szlak jest na tyle szeroki, że śmigają tamtędy terenówki.

Mój <3

Tą drogą nie przebiega szlak pieszy, ale raz na czas pojawiają się na drzewach oznaczenia żółtej ścieżki rowerowej. Są też stacje drogi różańcowej, więc nie ma szans się pogubić.

Początek szlaku to gęsty las, prześwitów było tak mało, że w sumie nie bardzo wiedzieliśmy jaka jest pogoda. Choć nie padało, obawialiśmy się, że na szczycie będzie zbyt mokro na rozpalenie ogniska.

Po pewnym czasie ścieżka zmienia całkowicie charakter, zaczynają przeważać drzewa iglaste, a na poboczu pysznią się krzaki borówek. Po deszczu wszystko było mega zielone, więc zaczęłam zostawać z tyłu. Reszta popędziła przed siebie tak, jakby na szczycie rozdawali coś za darmo. W końcu zostałam sama i szłam spokojnie zachwycając się lasem, robiąc zdjęcia i słuchając śpiewu ptaków.

Poooooszli 🙂

Już niedługo będzie wyżerka 🙂

W końcu i ja doszłam do momentu, w którym szlak wyprowadził nas na polanę. No i tu dopiero zaczęłam odstawać! Częściej odwracałam się za siebie i podziwiałam widoki, niż szłam do przodu. Zza drzew wyłaniała się Mogielica, a do tego okazało się, że była całkiem niezła pogoda, co zupełnie umknęło nam w nasiąkniętym wilgocią lesie. Na polanie było ciepło, słonecznie i całkowicie bezwietrznie. Patrząc na apokaliptyczną ulewę po drodze zupełnie się tego nie spodziewaliśmy.

Uwielbiam takie klimaty <3
Po lewej niedoszła teściowa Ćwilina – Mogielica.

Polana Michurowa na szczycie Ćwilina

Po godzinie z niewielkim kawałkiem całą ekipą zameldowaliśmy się na Polanie Michurowej. Co ciekawe, nikt nie poszedł na szczyt, bo chłopaki poczuli zew kiełbasy i od razu rzucili się do rozpalania ognia. Na szczycie Ćwilina jest wyznaczone miejsce do biesiadowania. Składa się na nie stół, 2 ławeczki , a obok placyk na ognisko i ruszt, także warunki prawdziwie królewskie.

Tak to można gotować!
Kolacja z takim widokiem smakuje najlepiej!
Deli <3
Me&My Hunc <3

Jedyną chętną na obejście okolicy była Dorota, dołączyli również Mauro i Deli, więc z obstawą ruszyłyśmy na szczyt. Raptem 3 minuty marszu przez rozległą polaną stworzoną do biegania z psami.

Niektórzy pozują perfekcyjnie 🙂
Inni muszą trochę poćwiczyć 😛

Zielona panorama z Ćwilina. Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry 🙂

Byłyśmy tak zagadane, że nawet nie zauważyłam, że zdjęcia ze szczytu nie wyszły wyraźne 🙂 Ale tabliczka, jak tabliczka, a sam szczyt nie jest najatrakcyjniejszym miejscem na polanie Michurowej. Także jakoś przeżyję tę stratę. Po zdobyciu szczytu przeszłyśmy jeszcze pod ołtarz papieski.

Jak wróciłyśmy do ekipy ognicho było gotowe. Pięknie pachniało żywicą, bo drewno pochodziło z powalonej przez wiatr choinki. Psy widząc kiełbaski na patykach chciały wejść do ogniska.

Wracamy do ekipy 🙂

😀

Czas na szczycie upływał nam sielankowo, w ognisku trzaskały gałązki, a nad głowami nie wisiały żadne ciemne chmury. Drzewo nie było mokre, więc ani przez chwilę nie było problemów z rozpaleniem, czy podtrzymaniem ognia. Raz na czas wychodziło słońce i w wszystko momentalnie stawało się soczyście zielone. Nie było co prawda widać Tatr, ale i tak nie mogliśmy chcieć od tego dnia więcej.

Działo się na niebie!

Zachód słońca bez słońca

W sumie od kiedy doszliśmy na polanę od razu wiedziałam, że na spektakularny zachód nie ma co liczyć. Niebo od zachodu było zaniesione jak nigdzie indziej i nic nie zapowiadało zmiany warunków. Z naszej miejscówki widać było pomiędzy drzewami różowe prześwity, więc postanowiłam mimo wszystko podejść  kawałek wyżej. Tak jak się spodziewałam zachodu nie było widać, słońce skryło się za chmurami już wcześniej. Zbliżający się wieczór zapowiadała jedynie fioletowo-różowa łuna.

Ćwilin – Wilczyce

Po zrobieniu kilku zdjęć wróciłam do ekipy. Zgasiliśmy ognisko i mimo, że do prawdziwego zachodu słońca zostało jeszcze kilkanaście minut, postanowiliśmy się zbierać. Szansa na to, że chmury nagle się rozstąpią była realnie na to patrząc zerowa. Kolory też wiele by się już nie zmieniły.

Trochę obawialiśmy się powrotu po ciemku na błotnistej ścieżce, szczęśliwie jednak droga była znacznie lepsza. Błoto oczywiście nie wyschło w przeciągu kilku godzin, ale już nie zapadaliśmy się po kostki, a poboczem dało się przejść w miarę suchą nogą. A że postanowiliśmy schodzić wcześniej, udało nam się przejść znaczną część szlaku bez latarek. Dopiero pod koniec założyłam czołówkę. A Mauro dzielnie zniósł piłeczkę na sam dół 🙂

Koniec gry 🙂

Jak będziesz mieć wolny wieczór, to koniecznie zabierz bliskich i piesa i ruszajcie na Ćwilin! Zachody słońca (i kiełbaski) nigdzie nie smakują lepiej!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
×

Like us on Facebook