Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Zimowiosna w Beskidzie Śląskim – Skrzyczne i Malinowska Skała

Po ostatnim kwietniowym  tygodniu pod hasłem „śnieżyca” zapowiadali piękny weekend. A że od prawie miesiąca nie byliśmy w górach, postanowiliśmy że tym razem skorzystamy z pogody. Liczyliśmy się z tym, że w górach będzie zimowo, a śnieg będzie pływał, ale mimo wszystko woleliśmy zaryzykować mokre buty, niż spędzić kolejny weekend na kanapie z Netflixem. Nie sądziłam, że kiedyś to napiszę, ale ILEŻ MOŻNA OGLĄDAĆ SERIALE???

Pozostało ogarnąć trasę, co okazało się wcale nie takie łatwe. Jakoś nic nas nie nawoływało, za żadnym szczytem nie tęskniliśmy, a większość ulubionych górek już w tym roku odwiedziliśmy. I nagle znalazłam informację, że wyciąg na Skrzyczne nie działa. Poczułam, że to może być nasza szansa na względny spokój na tym mega popularnym szczycie. A że do tej pory ze Skrzycznego oglądaliśmy wyłącznie mgły, tym chętniej zaplanowałam naszą pętelkę. Trasa wyglądała tak:

START   – LIPOWA OSTRE

Na parkingu w Lipowej zameldowaliśmy się kilka minutek po 10 rano. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy to ogroooom samochodów. Główny parking był już cały zajęty. Co prawda bez trudu znaleźliśmy miejsce na poboczu, ale już na wstępie wiedzieliśmy, że ze spokoju na szlaku wyjdą nici.

Niebieski szlak na Skrzyczne zaczyna się na ścieżce między zabudowaniami, mniej więcej naprzeciwko wiaty przystankowej. Łatwo go przejść, bo nie ma tam żadnego słupka. Razem z nami ruszyło jakieś 5 grupek, wiec zapowiadało się tłocznoooo. Na szczęście większość po przejściu pierwszej stromizny weszła w krzaczki na przerwę, także po około 15 minutach byliśmy już zupełnie sami. Szliśmy łysym jeszcze lasem, przeważnie po lekkim błotku i czekaliśmy na śnieg. Wiedzieliśmy, że Mauro totalnie oszaleje ze szczęścia jak go zobaczy.

Księciunio czeka aż Pan znajdzie piłeczkę w liściach.

Krajobraz zmieniał się stopniowo, od w miarę suchego podłoża, po lekkie błotko, cięższe błotko, potem rozchlapującą się ciapę błotno-śnieżną, aż po zbity, mokry śnieg. Długie buty ponad kostki z porządną membraną uratowały nam tyłki. Ale czy mogliśmy spodziewać się czegoś innego po przedwiośniu?

Nic go nie rozjechało 🙂

Szlak na Skrzyczne ma 4,2 km, podczas których do pokonania jest 727 m różnicy wzniesień. Miejscami jest bardzo stromo, przeważnie „dość stromo”, a wypłaszczeń praktycznie nie ma. Trzeba swoje wysapać. I tu trochę pokrzyżowały się Piotrka i moje biomety, bo zupełnie inaczej ten szlak odebraliśmy. Ja miałam występujący niezwykle rzadko „dzień konia pociągowego”, który charakteryzuje się płucami ze stali i mięśniami z tytanu. I mimo, że nie cierpię podejść, to nie jęczałam jakoś szczególnie siarczyście. Jedyne co zdradzało forsowność wysiłku to fakt, że znaczną część szlaku przeszłam rozebrana do rosołu… Poza tym szło mi się suuuuper. Piotrek jest mocniejszy ode mnie, ale to podejście skomentował na szczycie delikatnie mówiąc, niezbyt pochlebnie. Także trzeba się przygotować na kawał upierdliwego pionu.

Pomijając już stromiznę szlak jest piękny, zarówno na dole, w bardziej zalesionym terenie, jak i trochę wyżej, kiedy pojawiają się widoki. Jak na dłoni mamy Małą Fatrę (Wielki Rozsutec i Stoh są mega charakterystyczne), Pilsko, Babią Górę, a na drugim planie Tatry. To tyle, co nam udało się rozpoznać, a widać znacznie więcej!

Pierwszy prześwit.

Miała być fotka z wyskokiem, ale Mauro miał inny pomysł 😛

Kwintesencja Huncwotowatości 😀

W pewnym momencie byłam tak zaaferowana widokami, że nie zauważyłam, że cel był blisko. Została ostatnia prosta i już czekał na nas popas w schronisku.

SKRZYCZNE Z PSEM 1 257 m npm

Na Skrzycznem nie było ani w połowie tak kameralnie, jak sobie wyobrażałam przy zamkniętym wyciągu. Ze schroniskowego tarasu uprzątnięto ławeczki, było zaledwie kilka leżaków, więc większość osób siedziała na deskach. W tym labiryncie jakoś trzeba było znaleźć swój kawałek podłogi. Do głównej sali schroniska wejścia nie ma, za to z tarasu można przejść do baru i zamówić jedzenie na wynos. Później oczywiście trzeba je zjeść siedząc w kucki. No chyba, że akurat uda się upolować jedną z całych dwóch ocalałych ławeczek (stołu nie ma ani jednego).

My w tym całym zamieszaniu zrobiliśmy na szczycie ledwie jedną fotkę i ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku Malinowskiej Skały. Nie podeszliśmy na taras widokowy, ani pod wieżę przekaźnikową, bo tam były największe tłumki.

Skrzyczne zdobyte (drugi raz), ale udokumentowane pierwszy 🙂

SKRZYCZNE – MALINOWSKA SKAŁA

Najprzyjemniejszy odcinek wycieczki – 5 km łagodnej ścieżki pośród widoków. Szlak jest szeroki, prawie płaski i wszystko byłoby na maksa sielankowo gdyby nie to, że w weekendy jest tam masa ludzi i robi się spory gwar. My co chwilę zatrzymywaliśmy, żeby kogoś puścić i złapać choć chwilę na oddech.

I fotki of course.

Na środku zdjęcia w oddali widać charakterystyczny skalisty Wielki Rozsutec i Stoh.
Niespożyte pokłady energii <3

Pańcia a Ty czoooo???

Po niedługim marszu doszliśmy do pierwszego charakterystycznego punktu na trasie – szczytu Małe Skrzyczne. Piotrek zrobił mi szybkie zdjęcie i ruszyliśmy dalej.

Ten odcinek był też całkiem niezły pod względem podłoża. Od szczytu cały czas szliśmy po śniegu, co prawda dość mokrym, ale też zwartym i nie pływającym. Najgorsze było dopiero przed nami.

Aż do Malinowskiej Skały szliśmy szeroką, łagodną ścieżką pośród widoków. Tylko na ostatnim odcinku zrobiło się stromo, ale mając już cel w zasięgu wzroku było to zupełnie niezauważalne.

MALINOWSKA SKAŁA Z PSEM 1 152 m npm

Na Malinowskiej ludzi było chyba jeszcze więcej niż na Skrzycznem. Jak widziałam sesje zdjęciowe na skale w najdziwniejszych pozach, to miałam ochotę odpuścić fotki. A na pewno nie miałam zamiaru stać w kolejce. Jednak Piotrek jakoś zupełnym przypadkiem utrafił  moment i przez kilka sekund byliśmy na skale sami. A tyle nam w zupełności wystarczyło. Co prawda nie zdążyłam nałożyć kwiecistej sukienki i szpilek, ani nawet zrobić makijażu, co znacznie podkreśliłoby górski klimat, ale przynajmniej mam fotkę na pamiątkę 🙂  I nie zrozum mnie źle, nie chce być złośliwa, w końcu każdy ma prawo wyrażać siebie tak jak lubi. Jednak poprawianie makijażu przy urywającym uszy wietrze i przebieranki w krzaczkach to dla mnie totalna abstrakcja.

Z widokiem na Skrzyczne i naszą trasę.
Widok w stronę Babiej i Pilska.

Na Malinowskiej zrobiliśmy jeszcze szybką przerwę na herbatkę (którą spektakularnie przesłodziłam) i ogarnianie trasy. A Piotrek złapał kryzys, co nie wróżyło nic dobrego, zważywszy na czekające nas 6,6 km zejścia. A Piotrek schodzić nie lubi. Także wiedziałam już, że za pomysł tej wycieczki mi się oberwie.

MALINOWSKA SKAŁA – LIPOWA OSTRE

Żeby dostać się do ostatniego, żółtego szlaku musimy zejść kawałek zielonym do rozwidlenia pod Malinowską Skałą. To był jeden z gorszych momentów. Na szlaku był totalnie już roztopiony śnieg, w zasadzie mieszanka śniegu z wodą. Przy każdym kroku chlapaliśmy się lodowatym błotem po sam tyłek.

Na rozwidleniu skręciliśmy w lewo w żółtą, wąską ścieżkę. Wreszcie udało nam się złapać trochę zacisznego klimatu. Niby spoko, ale obawialiśmy się trochę o pozostały dystans (przeszło 6 km) i warunki. Po chwili marszu po przyjemnym, zbitym śniegu wleźliśmy na dobre w błoto.

Ostatnie widoczki – w oddali Jezioro Żywieckie.

Gdzie strumyk płynie z wolna…

A później to już w ogóle było cudownie, bo całą szerokością szlaku płynął radośnie głęboki do kostek strumyczek. Początkowo próbowaliśmy iść bokiem, albo przeskakiwać po wystających kamieniach, ale wkrótce to olaliśmy. I w sumie myśleliśmy, że nic gorszego niż ten strumyk już nas nie spotka.

PUDŁO

Na dobicie czekały nas 4 (!) kilosy asfaltem. Muszę przyznać, że początkowo, jakieś 2 km szło mi się nieźle. Cieszyłam się, że przynajmniej nie taplam się już w wodzie. Droga była zamknięta dla ruchu i prowadziła dość ładnym terenem. Było zielono, a przy ścieżce szumiał potoczek.

No ale ile można? Po 2 km i ja straciłam do tego serce i szłam ze zwieszonym nosem. Wkurzenie Piotrka osiągnęło w tym czasie apogeum.

EPILOG

Czy warto było wybrać się na ten szlak? Ja od siebie mogę powiedzieć, że tak. Mimo trudnych warunków i sporej ilości ludzi widoki były piękne, a sama trasa urozmaicona i przyjemna na rozruszanie zastanych pandemicznych kości. Ale nie jestem sama i nie mogę pominąć tego, że Piotrkowi wycieczka nie podobała się wcale. Wkurzało go równo wszystko. Także każdy musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ważniejsze są widoki, czy spokój. Faktem jest, że nie odpoczęliśmy, więc rekreacyjnie trasa jest słaba. Za to krajoznawczo zyskuje bardzo. Jeśli jeszcze kiedyś się tam zapuścimy, to wyłącznie w tygodniu, najlepiej bladym świtem, lub późnym popołudniem.

PRAKTYCZNIE – dla tych, których nasze jęki nie zniechęciły

  • Start wycieczki to wioska Ostre koło Lipowej. Przy samym wejściu na niebieski szlak znajduje się darmowy parking ze sporą ilością miejsc. Nasz patent na szybkie odnalezienie punktu początkowego to odpalenie aplikacji Mapa Turystyczna jakieś 5 km od celu. Niebieska kropka bez pudła doprowadza nas na miejsce.
  • Szlak według mapy ma 15,7 km i sporą (829 m) różnicę wzniesień, z czego najwięcej przypada na pierwszych 4 km. Nie jest to ani mega forsowna, ani też bardzo lajtowa wycieczka. Taka w sam raz na przyjemny rozruch. Dla psa no problemo. Zresztą minęliśmy masę psiaków po drodze i niezależnie od gabarytów wyglądały na bardzo zadowolone.
  • Trasa od początku aż do około 11 – 12 km prowadzi lasem, lub otwartym terenem. Niestety ostatnie 4 km to totalnie dobijający asfalt. Mimo to mam wrażenie, że ta pętla jest najlepszą opcją, żeby zobaczyć najatrakcyjniejsze miejsca w okolicy.
  • Szlaki jest łatwy i technicznie i orientacyjnie. Jedynie podczas podejścia na Skrzyczne trzeba trochę posapać. Poza tym do przejścia dla każdych 2 nóg i 4 łap.
  • Na Skrzycznem możemy uzupełnić płyny i kalorie w schronisku. Przed pandemią bez problemu wpuszczali do jadalni z psami. Teraz wygląda to niestety zupełnie inaczej i niezależnie czy z psem czy bez, do schroniska nie wejdzie nikt. Oby jak najszybciej się to skończyło.

To tyle na dziś! Trzymaj się ciepło w tym zimowym kwietniu!

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
AlaWiolkaS Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
WiolkaS
Gość
WiolkaS

Miło znowu Was poczytać. Byłam jakiś czas temu tą samą pętelką i mam podobne odczucia. Końcowy odcinek asfaltu ,jest koszmarny i dłuży się niemiłosiernie. Trzeba dość wcześnie przyjechać ,żeby ominąć tłumy. W tamtym tygodniu byliśmy na Ćwilinie rodzinnie, młodemu (12lat) wycieczka się ,podobała co ostatnimi czasy bywa różnie .Czas pandemii zrobił swoje ,a od komputera trudno odciągnąć. Szliśmy z Jurkowa. Zostało mi jeszcze podejście z Wilczyc i Mszany.

×

Like us on Facebook