Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Jesienny wschód słońca na Pilsku

Od pewnego czasu zbieraliśmy się na wschód słońca, ale zawsze jakoś tak wychodziło, że jak przychodziło co do czego, to zostawaliśmy w łóżeczku. No i pod koniec lata poczułam, że za chwilę przeleci nam sezon i będzie po wschodzie.

I wtedy mi się przypomniało, że mamy niewyrównane rachunki z Pilskiem. Kilka lat wcześniej utonęliśmy tam w totalnej mgle. Nie zastanawiając się dłużej zarezerwowałam nam nocleg w Schronisku na Hali Miziowej. Tym razem jednak śledziliśmy prognozy, a że nocleg przypadał na nasz urlop, to mogliśmy w miarę elastycznie go wpasować. Na szczęście, bo oczywiście wyszło tak, że musieliśmy przesunąć wyjazd o 3 dni, żeby zdążyć załapać się na słońce.

Ok, lecimy, bo jest maaaaasa rzeczy do napisania.

TRASA

W sumie chwilę się zastanawialiśmy jak ugryźć temat trasy, żeby miało to ręce i nogi. Początkowo myśleliśmy o pętelce z Sopotni Wielkiej, ale zniechęcił nas spory odcinek asfaltem. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wariant ze Złatnej Huty.

Pierwszego dnia zrobiliśmy trasę do schroniska na Hali Miziowej:

Na drugi dzień zaplanowaliśmy wchód słońca na Pilsku, śniadanko na Rysiance i powrót do auta:

Z domu wyjechaliśmy przed południem, na szlak ruszyliśmy o 14:30. Mapa pokazywała 9,2 km dystansu i mniej więcej 3,5 godziny drogi. Wszystko super się zgrywało, zameldowanie o 18 na Hali Miziowej pasowało nam idealnie.

Złatna Huta – Trzy kopce

Samochód zostawiliśmy na dużym, bezpłatnym parkingu pod samym wejściem na szlak. Założyliśmy wypchane do granic możliwości plecaki i ruszyliśmy.

Na początek około 20 minut asfaltem, później szeroką drogą aż do rozejścia Las Złotnice, Bystra. To najmniej interesujący odcinek szlaku. Bardzo czekałam na rozwidlenie i węższą ścieżkę. I na słońce, bo według prognoz miało być pięknie, a tymczasem niebo pokrywała warstwa szaroburych, na maksa przygnębiających chmur.

Po zmianie szlaku na żółty czekało nas najgorsze – strumyk i dwa koszmarnie strome odcinki. Z plecakami przygniatającymi do ziemi mieliśmy bardzo nietęgie miny. Nawet kilka razy musiałam posiłkować się rękami, bo serio bałam się że plecak mnie przeważy i polecę.

Później jednak teren się wypłaszcza, a ścieżka prowadzi bardzo urokliwym laskiem. Na przełęczy Bory Orawskie pokazało się słońce, więc humory szybko nam wróciły. I tak szliśmy sobie znanym nam już wcześniej,  bardzo łagodnym szlakiem aż do rozwidlenia Trzy Kopce.

Muszę powiedzieć, że marsze z dużym ciężarem nie są moją mocną stroną. Bardzo się męczyłam. Mimo, że mam naprawdę porządny plecak i kręgosłup też niczego sobie, ta wycieczka dała mi popalić. Siadały mi nogi, a na podejściach umierały płuca.

Trzy Kopce – Schronisko na Hali Miziowej

Tym szlakiem nigdy nie szliśmy i był on dla nas zupełną niewiadomą. Patrząc na różnicę wzniesień spodziewaliśmy się bardziej płaskiej drogi, a tymczasem szlak składa się z niezliczonej ilości podejść i zejść. Mimo to jednak bardzo przyjemnie się idzie, a polanka z szałasikiem po drodze bardzo nas urzekła. Na tyle, że zdecydowaliśmy się na nieplanowany postój.

Best place 🥰

Na wspomnianej polance postanowiliśmy wyjeść trochę prowiantu i odciążyć plecki na ostatni odcinek.

Z radością też usiadłam choć na chwilę. Piotrek i Mauro mieli dobry dzień, widać było, że fajnie się bawili. A ja założyłam ciężkie, wysokie buty z membraną i okropnie się w nich mordowałam. Jednak na poranną rosę nie mogłam wziąć nic innego, więc musiałam się przemęczyć. Na tym etapie już wiedziałam, że następnego dnia będą miała na stopach katastrofę i niestety moje obawy się sprawdziły. Na wschód szłam już przełykając łzy.

Po przerwie ruszyliśmy na ostatnią prostą. Zostało koszmarnie strome i ciągnące się w nieskończoność podejście. Na szczęście wyrobiliśmy się w miarę zgrabnie i zgodnie z planem chwilkę przed 18 pokazało nam się upragnione schronisko. Szliśmy 3,5 godziny, przy czym  zrobiliśmy tylko jedna około 15 minutową przerwę. Poza tym tylko krótkie postoje na picie.

Dzień zakończyliśmy kolacją w bufecie i meczem siatki na deser. W pokoju są mini telewizorki, więc jak na schronisko, można powiedzieć, że luksusik. O tym jaki pokój wybraliśmy i ile nas ten wyjazd kosztował będę pisać na końcu.

Wschód słońca na Pilsku

Wschód to dla mnie zawsze niewiadoma – mam obawy, że nie uda się pogoda. No i kwestia dobrego wstrzelenia się z czasem, żeby zdążyć, ale też nie stać zbyt długo w lodowatej temperaturze. Już raz na Magurkach prawie zmieniliśmy się w bryły lodu.

Tym razem każda strona pokazywała coś innego, na jednej słońce miało wschodzić o 6:10, a na innych nawet o 6:30. I jeszcze mapa… Szlakówki przy schronisko pokazywały 30 minut na szczyt, a nasza mapa 50. I bądź tu człowieku mądry!

Kiedy wyszliśmy ze schroniska na niebie już była mocna, pomarańczowa łuna i serio obawiałam się czy zdążymy. Mimo totalnie śpiących mięśni cisnęłam mordercze dla siebie tempo, a i tak po 3 minutach straciłam z oczu Chłopaków. I kolejny raz przekonałam się, że poranki to nie moja pora. Za to Piotrka jak najbardziej.

Ostatecznie wyszliśmy ze schroniska o 5:30, na szczycie zameldowaliśmy się o 5:57, a słońce wzeszło o 6:19. Także wstrzeliliśmy się perfecto.

Zobacz tylko, jak piękny był tego dnia wschód słońca.

Tak naprawdę nie sam wschód był najpiękniejszy, a wczesny poranek. Kiedy słońce wzeszło zrobiło się cudnie pomarańczowo. Jesienne, zmęczone już życiem krzaki borówek zaświeciły na czerwono. Na dole snuły się mgły. No bajka! Piotrek jeszcze z 15 minut po wschodzie nie mógł mnie ściągnąć ze szczytu.

 

Tu majaczyły Tatry, ale tak minimalnie, że aparat nie załapał.

Półprzytomny Mauro <3

No filter… seriously!

Pilsko – Rysianka

W końcu żołądek wygrał – w plecaku mieliśmy tylko słodkie rogaliki, które nie bardzo do mnie przemawiały. Trzeba było iść na śniadanie na oddaloną o 2 godziny drogi Rysiankę. Z Pilska zeszliśmy kawałek czarnym szlakiem, a po chwili złapaliśmy niebieskie znaki i bez zahaczania o Miziową zeszliśmy do Hali Cebulowej. Uwaga! Rano przy rosie i mokrych kamieniach można tam otrzeć się o śmierć.

Nawet schodząc nie mogłam się powstrzymać.

Później długie i głodne minuty szliśmy trzymając się czerwonych znaków, myśląc tylko o jajeczniczce w schronisku. Mi dodatkowo coraz mocniej doskwierały otarte stopy. Obiecałam sobie, że od razu po powrocie wystawię moje upiorne buty na Vinted. Ostateczie jednak jakoś im przebaczyłam.

Rysianka – Złatna Huta

Na Rysiankę doszliśmy przed 10, więc było jeszcze dość pusto. Zamówiliśmy śniadanko, dokarmiliśmy wszystkie miejscowe psy, posiedzieliśmy na ławeczce i przed 11 zaczęliśmy się zbierać.

I muszę przyznać, że kolejny raz nie poczułam klimatu. Jakoś Rysianka to chyba nie moje miejsce. W dodatku jajecznica była prawie surowa. W zasadzie tylko herbata była dobra. I nie było widać Tatr. Także chcieliśmy jak najszybciej zejść.

Postanowiliśmy zejść czarnym szlakiem, którym jeszcze nigdy nie szliśmy. Poza odcinkiem, gdzie są prowadzone jakieś prace drogowe szlak jest mega przyjemny. Na końcowym asfalcie Mauo tak już zasuwał, że prawie traciliśmy go z oczu. Cwaniaczek zawsze bezbłędnie odnajdzie Seata.

Praktycznie:

  • Na początek najważniejsze (i najgorsze zarazem). Koszt takiego wypadu na wschód słońca z noclegiem w schronisku wychodzi bardzo drogo. W naszym przypadku było to dobrze ponad 300 zł. Co ile dokładnie kosztowało znajdziesz w kolejnych punktach.
  • Aktualny cennik noclegów na Hali Miziowej znajdziesz tutaj. My wybraliśmy pokój dwuosobowy z osobną łazienką. Koszt to 80 zł od osoby, a opłata za psa wynosi 20 zł. Za jedną nockę wyszło nas więc 180 zł za sam nocleg.
  • Za kolację na którą składały się pierogi z jagodami dla mnie i kotlet z kurczaka dla Piotrka + 2 piwa zapłaciliśmy 75 zł. Wieczorem zamówiliśmy jeszcze po jednym piwie, każde 12 zł w sumie 24 zł. Także w jeden wieczór zostawiliśmy w bufecie 99 zł.
  • Za śniadanie na Rysiance – jajecznicę dla mnie, kiełbaski dla Piotrka, jagodziankę i dwie herbarty zapłaciliśmy 55 zł. A jajecznica była surowa i tonęła w maśle. Buuu…
  • Nasza trasa miała w sumie 22,8 km, które rozłożyły się na 2 dni.
  • Pierwszego dnia zrobiliśmy 9,2 km, co z ciężkimi plecakami zajęło nam 3,5 godziny.
  • Z Hali Miziowej na Pilsko są 2 szlaki, z czego tylko czarnym można iść z psem. Droga zajęła nam 30 minut, czyli tyle, ile pokazywały szlakówki. Czarny szlak jest też na pewno bardziej komfortowy do przejścia po ciemku. Stromy odcinek po kamieniach można ominąć idąc po trawie trasą narciarską. Cały czas idzie się otwartym terenem, w bezchmurną noc było na tyle jasno, że nie potrzebowaliśmy latarek.
  • Drugiego dnia przeszliśmy 13,6 km. Z dość długą przerwą na Rysiance zajęło nam to około 6 godzin. Na parkingu byliśmy chwilę przed południem.
  • To był nasz drugi nocleg na Miziowej. Jeżeli nie lubisz hałasu nie jedź tam w weekend. Za pierwszym razem byliśmy z soboty na niedzielę i był to koszmar. Schronisko pękało w szwach i było mega głośno do bardzo późnych godzin. Tym razem pojechaliśmy z wtorku na środę (i nie w wakacje) i było idealnie. W schronisku cisza, a na wchodzie były poza nami całe 3 osoby.
  • Nocleg rezerwowałam z 2 miesięcznym wyprzedzeniem, ale datę pobytu zmieniałam raptem 3 dni przed przyjazdem. Także w tygodniu nie powinno być problemu z trafieniem miejsc nawet na ostatnią chwilę.
  • Zameldowanie od godziny 16. Doba trwa do 10. My opuściliśmy pokój znacznie wcześniej. Recepcja była zamknięta, więc klucz położyliśmy przy okienku.
  • Zostawiony na nockę w Złatnej Hucie Seat przeżył bez ani jednej ryski. Piszę o tym nie bez powodu. Pamiętam, że zaledwie 2 lata temu w okolicach Beskidu Żywieckiego grasowała szajka, która demolowała auta. Podobno na najbardziej narażonych parkingach zostały zamontowane kamery. Od tamtego czasu nie słyszałam o kolejnych przypadkach.
  • W plecakach mieliśmy – trochę prowiantu (kanapki, ciasteczka, rogaliki i dużo krówek), wodę dla siebie i Mauro, bieliznę i skarpetki na zmianę, coś do spania (jak najmniejszego), bluzy termoaktywne i czapki na rano, przekąski dla Mauro, komórki i aparat fotograficzny, szczoteczki i pastę do zębów, mydło i ręcznik. Latarki zapomniałam…

Nasze drugie podejście do wschodu słońca na Pilsku uważamy za mega udane. Wstrzeliliśmy się w końcówkę pogody, już następnego dnia obudziły nas krople deszczu uderzające o parapet.

I muszę napisać, że mimo obiektywnie wysokich kosztów jak za jedną nockę naprawdę warto było się wybrać. To jedno z moich ulubionych wspomnień z tego roku.

I tyle na dziś! Ale stay tunned, zaraz zaczynam wpisy o Słowacji!

8
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
7 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
AlaWiolkaS Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
WiolkaS
Gość
WiolkaS

Piękne zdjęcia wschodu słońca .Zazdroszczę takich widoczków. Pozdrawiam serdecznie .Drapaki dla Mauro.

×

Like us on Facebook