Huncwot na gigancie, czyli blog o podróżach z psem

Minčol – nasze odkrycie.

Przedostatni dzień naszego pobytu na Słowacji i zarazem kolejny, który przywitał nas piękną pogodą. Ale mimo słońca, malowniczej okolicy i ogromu szlaków dookoła mieliśmy wyjątkowy problem z wyborem szlaków. Codziennie szło jak po grudzie i zanim dochodziliśmy do jakiejś decyzji, co najmniej kilka razy ocieraliśmy się o awanturę. Piotrek standardowo wkurzał się, że jestem nieprzygotowana, a ja pieniłam, bo każda moja propozycja była “za długa”, “za krótka”, “nie pętla” (a jak pętla to i tak za długa) i tak dalej…

Pamiętałam jak pierwszego dnia nasz gospodarz polecał iść na Minčol (ten na Małej Fatrze of course, bo na Słowacji jest chyba kilka szczytów o tej samej nazwie). I w sumie miałam ten szczyt na liście, no ale raczej rezerwowej. Szlak na szczyt to zaledwie 4 km od naszej strony. I jakoś nie wiadomym tokiem myślenia doszłam do wniosku, że jak szlaki są nieciekawe, to szczyt też. No ale z braku innych opcji przejrzałam jeszcze raz mapę i uznałam, że i tak nic lepszego nie znajdziemy. Zaplanowaliśmy atak szczytowy niebieskim szlakiem, a potem w zależności od kondycji i czasu powrót tą samą drogą, lub pętla. Ostatecznie zrobiliśmy pętlę:

Kamenná dolina, ústie – Sedlo Okopy

Start naszej wycieczki polegał jak zwykle, na dojeździe asfaltem najdalej jak się da. Tu idealnie udało się zostawić Seata przy samym wejściu do lasu. Nie jest to duży parking, ale bez obaw można bezpiecznie przytulić samochód na poboczu.

Szlakówki pokazują 2,5 godziny do Sedla Okopy, biorąc pod uwagę jakieś 4 km wydaje się to niedorzeczne (ale tylko z perspektywy parkingu). Mimo, że dystans z pewnością jest prawdziwy (w końcu ktoś to chyba mierzy), ma się wrażenie, że droga jest dużo dłuższa. Pamiętam, że na końcu szliśmy do Sedla Okopy z nosem na kropce w GPSie.

Ruszyliśmy ochoczo za niebieskimi znakami w nadziei na malownicze i przyjemne podejście. Szlak na Lysec sprawił nam średnią frajdę i nie chcieliśmy powtórki. Początkowo wyglądało w miarę dobrze, krótki odcinek szliśmy lasem, było zielono i malowniczo. Niestety po chwili wyszliśmy na rozwidlenie, którego nie było na mapie, a tam zaatakowały nas odgłosy wycinki i mega strome podejście po piachu. To był chyba najgorszy moment wycieczki, ledwie zaczęliśmy a już wszystko szło nie tak.

Przyjemny począteczek.

Na szczęście strome podejście szybko się skończyło, a my wylądowaliśmy w mega sielskim lesie. Szlak był idealny, pod nogami mięciutka trawa, masa drzew, lekki wiaterek i pełne słońce. Odetchnęłam z ulgą, że Piotrek nie będzie chciał mnie kolejny raz zamordować. Nie wiedzieć czemu, jak szlak okazuje się do kitu, wina zawsze spada na mnie. Co najmniej jakbym była w stanie przewidzieć na podstawie mapy czy ten konkretny lasek będzie śliczny, czy może nie…

Wyjątkowo szybko doszliśmy do kolejnego niezaznaczonego na mapie rozwidlenia. Wyglądało, na to że jesteśmy w połowie drogi, a szliśmy niespełna godzinę. I w tym miejscu zaczęłam snuć fantazję jak to zameldujemy się na szczycie urywając połowę podanego czasu, a potem wyłożymy na słońcu i będziemy siedzieć bez końca.

Taaaaaaa….

Pierwsze widoczki.

Szliśmy w cudnych humorach, wśród zieleni, Mauro szalał i wszystko było super. Zaczynało mi się jednak wydawać, że jak na 4 km idziemy długo, a nic nie wskazywało na to, żeby las miał się niedługo kończyć. W pewnym momencie na każdym zakręcie wypatrywałam prześwitów. A tu ciągle las i las i zero widoków na wyjście na grzbiet. Z perspektywy czasu myślę, że tabliczka obwieszczjąca połowę drogi nijak się ma do rzeczywistości.

A jednak doczekaliśmy się, najpierw wszechobecne chaszcze zaczęły się przerzedzać, potem stopniowo znikały drzewa liściaste, a wreszcie otoczyły nas krzaki borówek. To musiało oznaczać, że w niedalekiej przyszłości dojdziemy do otwartej przestrzeni.

I stało się doszliśmy do polany w całości pokrytej krzakami borówek. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Był sam początek września, a dookoła było czerwono jak w październiku. Choć na dole lato było w pełni, w górach jesień przyszła zaskakująco szybko. W tym miejscu straciliśmy sporo czasu, ale naprawdę nie dało się trzymać tu tempa.

Jedynie Piotrek po rzucie okiem na mapę dostał turbo doładowania i ruszył dalej. Do Sedla Okopy zostały ostatnie metry.

Sedlo Okopy – Minčol

Sedlo Okopy to rozległa polana z armatą na środku. Po dłużącej się nieco drodze przez las zatrzymaliśmy się na chwilę na złapanie oddechu. Mimo pięknej pogody i sobotniego przedpołudnia w okolicy byliśmy prawie całkowicie sami. Kilka osób zbierało borówki, poza tym puchy.

Zanim ruszymy na szczyt kombinujemy czy schodzić inną drogą – to szlak który prowadzi grzbietem.

Sedlo Okopy – Minčol

Z Sedla Okopy została nam ostatnia prosta – 15 minut według znaków. Ale realnie jest to taki moment wycieczki, że czas przestaje istnieć. Trudno żyłować tempo, jak idzie się piękną ścieżką, w słońcu, z widokami i Maurem tarzającym się w kłującej trawie.

Mauro tarzał się w kłującej trawie mniej więcej co 5 metrów 😀

Minčol – 1 364 m npm

Po raz kolejny na tym wyjeździe, gdzie mieliśmy właściwie na spokojnie włóczyć się po nieznanych, pewnie mniej malowniczych terenach, odkryliśmy kolejną perełkę. Zarówno Minčol, jak i wcześniejsze Veterné i Lysec są prawie zupełnie puste, a jest tam tak pięknie, że totalnie zapiera dech.

I jeszcze ten niespodziewany na początku września jesienny klimat. Popatrz tylko jakie widoki oferuje ten niepozorny szczyt, który przed wyjazdem traktowałam jako rezerwę na wypadek mega niefarta… Sprawdzałam zdjęcia w necie przed wyjazdem, może nie jakoś dokładnie, ale przy pobieżnym rekonesansie nie zauważyłam niczego porywającego. A tu taka niespodzianka!

Minčol – Stračniky

Po długaśnym popasie na szczycie przyszedł czas na decyzję. Mogliśmy schodzić tak samo, jak weszliśmy, zaoszczędzając 6 kilosów, albo zrobić pętlę, która wydłużała całość wycieczki do 14 km. Wszyscy byliśmy w niezłej formie, najedzeni i wypoczęci, a w dodatku szlak grzbietem kusił, więc zdecydowaliśmy nadłożyć drogi. Wiedzieliśmy że od rozwidlenia Stračniky będzie 6 kilo szutru, ale byliśmy gotowi się z nim zmierzyć. Póki co najbliższe 3,5 km miało być piękne.

I było!

Po początkowym, zupełnie odkrytym fragmencie szlak wyprowadził nas na wąziutką ścieżkę. Początkowo szliśmy wśród kosodrzewin, przeważnie po płaski terenie, czasem lekko w dół. Z czasem wchodziliśmy coraz głębiej w las, ale szlak był mega przyjemny. Piotrek zaczął nawet mówić, że podejście od tej strony mogło być lepsze, z perspektywy czasu jednak nie polecamy.

Pod koniec, gdy spomiędzy drzew zaczął już prześwitywać szuter zrobiło się mega stormo i przy zmęczonych już nogach naklęłam się na tym odcinku jak nie wiem. Pod koniec zejścia zrobiłam nawet fotkę, ale aparat jak zwykle spłaszczył stromiznę.

Stračniky – Kamenná dolina, ústie

Ten moment wycieczki był dla nas chyba najtrudniejszy. Doszliśmy do rozwidlenia na dość szerokiej drodze i trochę to wyglądało jakbyśmy powoli wracali do cywilizacji. Było tam sporo ścieżek rowerowych, szlaki i szeroka szutrowa droga. Niestety szlakowskaz był bezlitosny, jak nic czekało nas 1,5 godziny marszu monotonną drogą.

Początek nie był zły i jakoś pokonywaliśmy kolejne odcinki. Nawet zrobiłam kilka fotek, mimo że słońce zachodziło i szlak był ciemnyyyy. Ani ścieżka ani otoczenie nie są na tym odcinku ekstatyczne, ale szło się nam bardzo przyjemnie.

W pewnym momencie doszliśmy do rozwidlenia (które łatwo przeoczyć). Szlak z płaskiej ścieżki zanurkował w mega stromą i piaszczystą drogę całą usianą kamieniami. I tak wyrżnęłam tak, że przejechałam na tylu po tym piachu (i kamieniach) dobrych kilka metrów. Stłukłam sobie tyłek i dumę…

W tym miejscu schowałam aparat, szliśmy resztką sił i wypatrywaliśmy parkingu. Mimo że wycieczka nie jest bardzo długa, trzeba przyznać, że dała nam w kość. Ale widoki są warte każdego wysiłku.

Praktycznie 

  • Przy wejściu na szlak można zostawić auto na poboczu. Nie jest to żaden oznaczony parking, ale otoczenie nie budziło naszych obaw. Seatowi przez cały dzień nic się nie stało.
  • Nasza pętla ma 14 km, z czego prawie 10 km to szlak powrotny. Dlatego nie polecamy w tym przypadku odwracać pętli. Lepiej wejść krótszą drogą i rozłożyć się na szczycie bez spiny, że wejście zajęło nam pół dnia.
  • Szlak nie jest trudny ani wymagający kondycyjnie. Naprawdę przyjemnie się idzie.
  • Widoki ze szczytu piękne. Tez zakątek Małej Fatry zdecydowanie warto odwiedzić!

I tyle na dziś… Do zobaczenia na szlakach!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o